25 lutego 2013

‚Fabryka’ dobrych lekarzy

Jerzy Borowicz

We wrześniu 2013 r. Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie będzie obchodzić 95-lecie. Szkoła była i jest prestiżowa, należy do najlepszych w kraju, od swego zarania oznaczona nr 1. Przez 95 lat przez jej mury przewinęło się setki przyszłych lekarzy, wielu wybitnych profesorów, a wśród nich „brylanty” polskiej medycyny, m.in. wybitny chirurg prof. Jan Nielubowicz – patron naszej izby lekarskiej, prof. Wacław Sitkowski (kardiochirurg), prof. Jan Zieliński (ftyzjatra), prof. Ryszard Rajszys (radiolog), prof. Andrzej Kalewski (ortopeda), prof. Krzysztof Filipiak – jeden z najmłodszych profesorów kardiologii WUM, i wielu, wielu innych.
Moim obowiązkiem jest wspomnieć o wychowawcach i nauczycielach, którzy właściwie byli promotorami naszych osiągnięć po studiach. Niestety wszyscy już nie żyją. Opiszę tu własne przeżycia, zawsze bowiem rozpierała mnie duma, że jestem absolwentem Batorego (matura 1951).
Mury tego najsłynniejszego gimnazjum przekroczyłem w 1949 r. Mieszkałem wtedy przy ul. Rozbrat 16/18, a więc prawie naprzeciw szkoły. Aby dostać się do pierwszej klasy licealnej, musiałem zdać egzamin wstępny. Nie był trudny. Stanąłem przed obliczem pani prof. Marii Lalewiczowej (zwanej „Pumą”), która spytała mnie, z jaką postacią w polskiej literaturze kojarzy mi się nazwisko Borowicz. – Oczywiście z jednym z bohaterów „Syzyfowych prac” Stefana Żeromskiego – odpowiedziałem. Egzamin wstępny zdałem. Stałem się uczniem IX klasy.
I tak zaczęła się moja trzyletnia przygoda ze szkołą. Zawsze bałem się matematyki, której uczył prof. Zygmunt Kukawski („Kukafon”). Miał swoją metodę egzekwowania wiadomości. Wybierał sobie mianowicie jednego ucznia, przeważnie z pierwszej ławki, i męczył go przez całą godzinę lekcyjną, udowadniając głębokie nieuctwo nieszczęśnika. Reszta klasy grała w okręty lub inne „podławkowe” gry towarzyskie, czekając na upragniony dzwonek. Wiedzę pozostałych uczniów sprawdzał za pomocą klasówek. Zrzynałem, jak mogłem, od kolegi siedzącego przede mną – Andrzeja Nartowskiego, zwanego „Nartą” lub „Tyką” ze względu na wzrost. Andrzej był świetnym koszykarzem, reprezentantem Polski. W latach 60. wyjechał do Francji i już nie wrócił. Grał w zespole koszykówki Renault. Zmarł kilka lat temu w Paryżu.
Jako ocenę okresową zawsze dostawałem „dostateczny”. Moja wiedza nie tylko się nie pogłębiała, ale wręcz zanikała. Myśl, że trzeba będzie zdawać „matmę” na maturze, nie dawała mi spokoju. Pewnego dnia, kiedy „matma” była pierwszą lekcją, wpadłem spóźniony, jak bomba, do klasy (z reguły spóźniali się ci, co mieszkali najbliżej szkoły). Cała klasa poszła na wagary, nie uprzedzając mnie o tym. Z przerażeniem stwierdziłem, że wita mnie dyrektor, nieodżałowany prof. Roman Beranek („Dyro”) i prof. Kukawski. – Siadaj, Borowicz. Będzie lekcja tylko z tobą. Zbladłem i pomyślałem, że to już koniec, nieuctwo matematyczne zaraz się objawi. Zacząłem szybko myśleć, jak wybrnąć z tej sytuacji. I nagle przypomniałem sobie, że byłem na wakacjach w Zalesiu Górnym razem z siostrą prof. Kukawskiego. W momencie kiedy prof. Kukawski otwierał dziennik, rzekłem: – Panie profesorze, byłem na wakacjach z pana siostrą, która opowiadała mi o niesamowitej maszynie zwanej perpetuum mobile, której praca bierze się z niczego. Jak to jest możliwe? – spytałem profesora. Ten genialny fortel uratował mnie z opresji, bowiem profesor przez 45 minut opowiadał o wystawie w Pradze, gdzie pokazano model tej szczęśliwej dla mnie maszyny. Później mówiliśmy o tym, jak piękne jest Zalesie Górne. I tak na towarzyskiej rozmowie minął cały czas. Usłyszałem upragniony dźwięk dzwonka.
Moje nieuctwo szybko rozpracował prof. Aleksander Białas, który zastąpił chorego prof. Kukawskiego i prowadził moją klasę aż do matury. Musiałem solidnie wziąć się do nauki, w której pomógł mi starszy kolega Grzesio Białkowski, późniejszy profesor fizyki jądrowej na UW i senator wolnej Polski. Po kilku miesiącach opanowałem trygonometrię tak, że stałem się nieomal autorytetem w tej dziedzinie (gorzej było z algebrą). Po każdej klasówce prof. Białas wzywał mnie do tablicy. – Borowicz, pokaż, jak to zadanie powinno być prawidłowo rozwiązane. Rozpierała mnie duma.
Polskiego uczyła mnie z początku prof. Lalewiczowa, potem prof. Antoni Pawłowski („Zegarmistrz”), który był wychowawcą mojej klasy (późniejszy dyrektor Gimnazjum im. Mikołaja Reja). Był profesorem niezwykłym, barwnym wykładowcą o aktorskim zacięciu. Kiedy czytał nam fragmenty „Monachomachii” Krasickiego, pokładaliśmy się ze śmiechu. Lekcje z nim były samą przyjemnością. Pewnego dnia prof. Pawłowski oświadczył, że klasa musi się podzielić na tych, którzy chcą się uczyć rosyjskiego, i tych, którzy wybierają łacinę. – Ja osobiście – rzekł profesor – nie wyobrażam sobie kulturalnego człowieka, który nie znałby łaciny. Podnieście ręce, kto jest za rosyjskim, a kto za łaciną? Las rąk był za łaciną. W tamtych czasach była to ryzykowna antyrosyjska manifestacja, zważywszy na rozkwit stalinizmu. W ten sposób nie nauczyłem się rosyjskiego i nie znam cyrylicy. Kłopot zaczął się na uczelni, gdzie rosyjski był obowiązkowy. Udało się to jakoś pokonać, a łacina przydała mi się w czasie studiów lekarskich.
Fizyki uczyli mnie profesorowie: Czesław Fotyma („Dyzio Balonik”) i Czesław Ścisłowski („Ścisły”). Wspólnie napisali podręcznik fizyki dla klas VI i VII szkoły podstawowej. Prof. Ścisłowski tuż przed wojną był wychowawcą klasy, do której chodzili nasi starsi koledzy: poeta Krzysztof Kamil Baczyński, Janek Bytnar „Rudy” i Tadeusz Zawadzki „Zośka” – bohaterowie Szarych Szeregów. Prof. Ścisłowski przestał pracować w Liceum Batorego, gdy zaproponowano mu katedrę na Politechnice Warszawskiej. Po odejściu prof. Ścisłowskiego, do matury uczył mnie prof. Władysław Wierusz-Kowalski. Nie bardzo potrafił utrzymać dyscyplinę. Pamiętam, jak nasz kochany dyrektor Beranek mówił o prof. Kowalskim: – On wam rzuca perełki wiedzy, a jak wy się zachowujecie? Chemii, której się bałem, uczył nas prof. Władysław Lewicki („Syncio”), surowy nauczyciel, ale sprawiedliwy w ocenach. Łacina była domeną prof. Stefana Dancewicza („Buldoga”). Surowy i kochany, dobry nauczyciel. Gdy wybierał ucznia do odpowiedzi, patrzył spod okularów, trzymając dziennik w ręce. Raz nakrył mnie z brykiem i zobaczył, że polskie tłumaczenie napisałem ołówkiem nad tekstem łacińskim. Od tej pory odpowiadałem na każdej lekcji. – Borowicz, przeczytaj ten fragment „Iliady” – po czym zaglądał do mojego podręcznika, czy czegoś znowu nie kombinuję. Cała klasa wiedziała, że Borowicz będzie pytany. Mimo tego „katowania”, bardzo profesora lubiłem. Chociaż znany z surowości, nigdy nikogo na koniec roku nie skrzywdził. Inaczej rzecz się miała z prof. Jerzym Dowiatą, historykiem marksistą.
Pamiętam zjazd batorszczaków na 75-lecie szkoły. Prof. Dancewicz nie mógł w nim uczestniczyć, bo był poważnie chory. Odwiedziliśmy profesora w jego mieszkaniu przy ul. Czerwonego Krzyża i wręczyliśmy bukiet kwiatów. Profesor bardzo się wzruszył i powiedział do mnie: – Borowicz, cieszę się, że właśnie ty tu jesteś. Nie ukrywam, że łzy mi się w oczach zakręciły. Wkrótce prof. Dancewicz zmarł.
Biologii uczyła nas prof. Ewa Domaszewska. Jej lekcje interesowały głównie miłośników przyrody. Była jedyną przedstawicielką kadry nauczycielskiej z naszych lat, która jeszcze żyła podczas 75-lecia szkoły. Dostała owację na stojąco.
Sympatią darzyliśmy też naszego geografa prof. Stanisława Rogalę-Zawadzkiego („Zorro”). Siadał bokiem na pierwszej ławce i pięknie opowiadał o zamorskich krajach, o których w stalinowskim skansenie mogliśmy tylko pomarzyć.
Cdn.

Archiwum