Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. Nick Fewings / Unsplash
Autor: Hanna Odziemska
Prawda jest taka, że nikt nas nie lubi. Lekarze nazywają rzecznika odpowiedzialności zawodowej i jego zastępców prokuratorami, policjantami lub wręcz oprawcami. Na zjazdach delegatów nie ma kolejki chętnych do pełnienia tych funkcji, a w zespole OROZ raczej są zawsze wakaty zastępców. Lekarze, którzy mają postępowania przed OROZ, albo się nas boją, albo obrażają. Tymczasem warto uświadomić sobie, że naszą rolą nie jest ani nękanie, ani niszczenie lekarzy, tylko rzetelne badanie zasadności składanych na nich skarg w aspekcie etycznym i merytorycznym.
Odpowiedzialność zawodowa jest regulowana nie tylko dla lekarzy, również prawnicy mają swoją Radę Adwokacką, a policjanci rzecznika dyscyplinarnego. Zawody zaufania publicznego potrzebują merytorycznego organu dyscyplinarnego ze względu na swoją misję i specyfikę wymagającą profesjonalnej wiedzy, aby adekwatnie ocenić możliwość popełnienia przewinienia zawodowego.
Trzeba przyznać słuszność powiedzeniu, że błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi, a także sentencji łacińskiej, że mylić się jest rzeczą ludzką. Trzeba też podkreślić, że lekarze nie popełniają błędów celowo. Poza bardzo nielicznymi przypadkami rażących zaniedbań lekarze chcą wykonywać swoją pracę starannie, profesjonalnie, mając za priorytet dobro pacjenta. Błędy lekarskie mają często znacznie głębsze podłoże niż sama ocena prawna i etyczna czynu. Często wynikają z wadliwie działającego systemu opieki zdrowotnej, złej organizacji pracy w podmiocie leczniczym albo po prostu neurobiologii. Brak wsparcia systemowego, presja wywierana na lekarza w miejscu jego pracy, jednoczasowy nadmiar obowiązków lub wyczerpanie sił po wielu godzinach intensywnej pracy mogą przyczynić się do błędu. Tymczasem odpowiedzialność zawsze ponosi lekarz osobiście. Wyobraźcie sobie lekarza lub lekarkę… Wyobraźcie sobie, jak wygląda, jak ma na imię…
Wyobraźcie sobie jego lub jej radość, kiedy dostaje się na studia, jak poświęca prawie cały swój czas na naukę, jak drży przed kolokwiami i egzaminami, jak cieszy się z zaliczanych kolejno przedmiotów. Wyobraźcie sobie, z jaką radością i dumą odbiera dyplom po zdanym egzaminie końcowym, jak angażuje się w pracę na stażu, zdobywa miejsce rezydenckie, jak z zaangażowaniem wdraża się do pracy w zawodzie, jak z pokorą przyjmuje posłuszeństwo niechlubnej tradycji lekarskiej fali, gdzie starszy przeciąża obowiązkami i nieraz poniża młodszego, zmusza go do brania nadmiarowych dyżurów, drwiąco komentując nieśmiałe prośby o jeden wolny weekend w miesiącu, żeby móc spędzić trochę czasu z bliskimi lub zwyczajnie odpocząć. Wyobraźcie sobie tego lekarza lub lekarkę, jak mimo barier systemu, presji i upokorzeń przełożonych, mimo zmęczenia i nieustającej deprywacji podstawowych potrzeb on lub ona wciąż wierzy w sens tego, co robi, w sens poświęcenia, które ponosi, bo chce być lesię o pacjentów, bo czuje taką misję. Wyobraźcie sobie dalej, jak ten lekarz lub lekarka kończy szkolenie specjalizacyjne i zdaje pomyślnie egzamin, jest wreszcie specjalistą, nabiera doświadczenia, przyciąga pacjentów. I to nie jest pierwszy moment, w którym zderza się z rzeczywistością polskiej opieki zdrowotnej, tak było już wcześniej, na stażu i na rezydenturze. Wyobraźcie sobie, jak ten lekarz lub lekarka próbuje zdążyć z pracy do pracy, nie tylko dlatego, że praca w jednym miejscu nie wystarczy na rachunki i ratę kredytu, także dlatego, że gdyby ograniczył się lub ograniczyła do jednego miejsca pracy, to system opieki zdrowotnej przestałby działać z powodu braku obsady. Następnie wyobraźcie sobie, jak ten lekarz lub lekarka słyszy, że za dużo zarabia, a chce jeszcze więcej, że ma za dobry samochód, chociaż dojeżdża nim prawie tylko do pracy, że za mało czasu pracuje, że są skargi. Wyobraźcie sobie, ile czasu, który mógłby być czasem na odpoczynek, poświęca na udowadnianie różnym organom kontrolującym, że refundacja albo zwolnienie było zasadne. Wyobraźcie sobie wreszcie, jak na dziesiątym w tym miesiącu dyżurze po kilkunastu godzinach neurobiologia sprawia, że ważna decyzja diagnostyczna lub terapeutyczna jest spóźniona albo niekompletna. I jest błąd. Niecelowy, niechciany, ale błąd i jego skutki dla pacjenta, więc sprawa trafia do okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej.
Praca w zespole OROZ jest trudna. Dotyka się ludzkiego cierpienia, dramatów, podwójnej wiktymizacji – bo ofiarą błędu lekarskiego jest nie tylko pacjent, ale i lekarz, który nie chciał przecież go popełnić. Najtrudniejsze są przesłuchania pokrzywdzonych, bo towarzyszą im duże emocje. Stawianie zarzutów lekarzom i kierowanie do sądu lekarskiego wniosków o ukaranie też nie jest łatwe, czasem padają przykre słowa ze strony obwinionych, choć nikt tu nie jest niczyim wrogiem i naprawdę przyjemniej byłoby się spotkać na konferencji naukowej zamiast w biurze rzecznika. Miała być ustawa no fault, miała być prewencja penalizacji lekarzy i podwójnej wiktymizacji, miała być strategia bezpieczeństwa pacjenta zintegrowana z bezpieczeństwem lekarza, miała być dla lekarzy edukacyjna rola systemu zgłaszania zdarzeń niepożądanych i błędów medycznych. Jest niewydolny system opieki zdrowotnej, absurdalnie wydłużone kolejki do specjalistów, zadłużenie szpitali, odwoływane zabiegi, blokada podwyżek wynagrodzeń lekarzy, medialne kampanie podkopujące i tak już mocno nadwerężony etos zawodu lekarza, nie mówiąc już o politycznym pozycjonowaniu środowiska lekarskiego w roli chłopca do bicia. Z młodzieńczego entuzjazmu lekarza pozostaje zespół wypalenia, nieraz nawet zaburzenia lękowe i depresyjne. Rośnie liczba lekarzy korzystających z opieki psychiatrycznej, są nawet psychiatrzy, którzy leczą się u psychiatry. Jak zapewnić bezpieczeństwo pacjentowi i zminimalizować błędy, kiedy lekarz jest ściskany w imadle dysfunkcyjnej organizacji opieki zdrowotnej, z bagażem swoich biologicznych ograniczeń wytrzymałości i w nieustannym szachu swojej odpowiedzialności, w niekończącym się czuwaniu, żeby nie wpaść w sidła biurokratyczno-systemowych pułapek, a gdzieś jeszcze musi być przestrzeń na relację z pacjentem, adekwatną diagnostykę i leczenie. Niestety, jest też przestrzeń na błędy, kiedy na chwilę zawiedzie czujność.
Ocenić błąd lekarski może tylko lekarz, bo tego nie da się zrobić bez wiedzy merytorycznej. Dlatego OROZ, choć niepopularny i raczej z pozoru niezachęcający, jest potrzebny. To trudna praca, ale zespół jest zintegrowany, działamy z dużym wzajemnym wsparciem merytorycznym i prawnym, mamy systematyczne szkolenia, także wyjazdowe. Ta praca to także uczenie się na błędach lekarskich, aby wiedzieć, jak ich unikać we własnej praktyce. Jest to też szkoła etyki lekarskiej, bo pomimo uciążliwości trzeba sprostać zadaniu odnoszenia się z należytym szacunkiem do wszystkich stron postępowania, co wymaga umiejętności zarządzania swoimi emocjami.
Potrzebujemy lekarzy do pracy w zespole OROZ. Nie możemy obiecać, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, choć na szkoleniach wyjazdowych bywa bardzo miło. Możemy zapewnić wsparcie, bo wszystkie trudne sprawy zastępca może omówić z rzecznikiem, z bardziej doświadczonym zastępcą albo zespołowo na comiesięcznym zebraniu hybrydowym. Potrzebujemy Ciebie, Koleżanko i Kolego, bo ta funkcja jest lekarzom potrzebna – przecież pomiędzy błędem lekarskim a winą lekarza jest spektrum, które trzeba rzetelnie zbadać i ocenić. Bo naszym kolegom lekarzom i koleżankom lekarkom należy się rzetelne postępowanie, z szacunku dla ich trudu i poświęcenia w wykonywaniu swojego zawodu dla dobra pacjentów.