Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. licencja OIL w Warszawie
Autor: Hanna Odziemska
Żyjemy w czasach coraz odważniejszych „wyjść z szafy”, dewaluacji starych, od dawna niedziałających wzorów kulturowych i postępującego otwierania się na to, co do tych wzorów nie pasuje.
Niebinarna czy transpłciowa identyfikacja albo spektrum autyzmu i ADHD, jeszcze sto lat temu klasyfikowane na pograniczu zaburzeń psychicznych i kryminalistyki, dziś dzięki rozwojowi nauk medycznych, neuronauk i psychologii, przestają być tematem tabu i przesłanką do społecznego wykluczenia osób, które funkcjonują w tych obszarach. Jest to też przestrzeń, w której spotykają się lekarz i pacjent, z coraz bardziej płynną granicą oddzielającą zaburzenie i odmienność.
Karina, internistka pracująca w prywatnej sieciówce, ma wśród przyjaciół wielu lekarzy gejów.
– Pochodzę z domu, gdzie homoseksualizm był piętnowany jako dewiacja, grzech i wstyd. Moi rodzice nawet nie starali się zrozumieć tych ludzi, uważali ich niemal za przestępców, których należy izolować od reszty „zdrowego” społeczeństwa. Moja droga do zrozumienia, że homoseksualizm to naturalny wariant, a nie zaburzenie, też nie była prosta. Wśród lekarzy jest spora grupa kolegów o orientacji homoseksualnej, nie podam ci w procentach, bo nie dysponuję takimi statystykami, ale ja znam ich wielu. Są między nimi naprawdę wspaniali lekarze, niektórzy utytułowani, oddani pacjentom, empatyczni i profesjonalni, a przede wszystkim – dobrzy ludzie i dobrzy koledzy. W naszym ścisłym gronie przyjaciół to nie problem, żeby oni np. jeździli z nami na wakacje wraz ze swoimi partnerami, ale oficjalne, publiczne przyznanie się do bycia w takim związku nie wchodzi w rachubę. Dlaczego? Bo ogólnie ani społeczeństwo, ani nawet nasze środowisko nie jest na to gotowe. Pamiętam moje zażenowanie, kiedy do placówki trafił pacjent z podejrzeniem małpiej ospy i kolega, który go konsultował, skomentował później w rozmowie ze mną, że on by takich wysyłał na bezludną wyspę i tam niech robią, co chcą, a nie roznoszą zarazę, bo pacjent miał w wywiadzie kontakty MSM. Pamiętam też, jak przydała mi się znajomość tematu w mojej praktyce lekarskiej. Przyszedł do mnie dziewiętnastoletni pacjent, o którym słyszałam od lekarzy konsultujących go wcześniej, że jest arogancki i roszczeniowy, że wymusza skierowania na badania i w ogóle zachowuje się niegrzecznie. Ode mnie też chciał skierowanie na badania, pełny pakiet badań w kierunku chorób przenoszonych drogą płciową, w tym HIV. Spojrzałam w jego dokumentację – ostatnie takie badania miał zrobione miesiąc wcześniej. Zapytany, co jest powodem tak częstych badań, po dłuższej rozmowie przyznał, że ma kontakty z mężczyznami, że dopiero co odkrył swoją orientację, że gubi się w tym i bardzo boi się zakażenia. Spytałam go wtedy, czy myślał o stosowaniu PrEP, a on na to, że tak, myślał, ale słyszał, że to bardzo niszczy wątrobę. Wyszukałam szybko artykuł z literatury medycznej na temat bezpieczeństwa PrEP w kontekście uszkodzenia wątroby, z wynikami konkretnych badań potwierdzających bezpieczeństwo tej profilaktyki, wydrukowałam i wręczyłam pacjentowi, żeby poczytał sobie w domu i rozważył. Chłopak wrócił do mnie po miesiącu, podziękował za pochylenie się nad jego problemem i powiedział, że już jest w trakcie profilaktyki, pod opieką specjalistycznego ośrodka. Nie wiem, czy potrafiłabym tak pokierować tego pacjenta, gdyby nie moja znajomość tematu dzięki przyjaźni z lekarzami z „branży”.
Paweł, chirurg, mówi, że zawsze czuł się, jakby był z innej planety. Relacje szły mu opornie, za to nauka świetnie. Wybrał medycynę, bo lubił się uczyć, a chirurgię, bo nie trzeba za dużo rozmawiać z pacjentem. – Nigdy nie myślałem o sobie jak o kimś, kto może mieć jakiś zespół neurologiczny czy psychiatryczny. Jestem dobry w tym, co robię, bo tu liczą się umiejętności, skupienie i precyzja. Dużo pracuję, więc w domu głównie odsypiam. Nie założyłem rodziny – nie pociągało mnie to nigdy. Pierwszy sygnał dała mi koleżanka na jakiejś konferencji, kiedy wytknęła mi, że jak zwykle po wykładach idę do pokoju i nie uczestniczę w żadnych uroczystych kolacjach ani prywatnych imprezach. Zawsze tak miałem. Nie wiem, czy mam spektrum. Trochę myślę o tym, żeby się zdiagnozować, tylko nie wiem, co by to miało zmienić. Boję się stygmatyzacji, bo teraz jestem po prostu nietowarzyski, a jeśli potwierdzę diagnozę ASD, to moi koledzy zaczną na mnie patrzeć podejrzliwie, jak na kogoś, komu brakuje tzw. piątej klepki. Czytałem trochę o tym i wiem, że ASD to nie choroba, tylko alternatywny sposób percepcji, komunikacji i funkcjonowania społecznego, ale większość osób nadal widzi to jako defekt, niektórzy lekarze też, szczególnie jeśli sprawa dotyczyłaby kolegi po fachu.
Magda, lekarka rodzinna, ma diagnozę ADHD.
– Jest nas kilkoro w rodzinie z tym rozpoznaniem. Na szczęście ADHD dziś coraz mniej stygmatyzuje, nie kojarzy się już jednoznacznie z rozwrzeszczanymi i biegającymi bez sensu dzieciakami, szczególnie że coraz częściej zespół rozpoznaje się u dorosłych. Czy to przeszkadza w pracy? Raczej pomaga, na pewno jeśli chodzi o rozumienie tzw. trudnych pacjentów. Nie, ja nie diagnozuję ADHD, nie mam do tego kompetencji ani narzędzi, ale świadomość, co dzieje się w moim mózgu, dlaczego tak reaguję i funkcjonuję, pozwala mi lepiej regulować emocje, kiedy pacjent notorycznie się spóźnia, nie wypełnia moich zaleceń lub wybucha złością i ciężko z nim rozmawiać. Mam jednak trochę taki wewnętrzny radar, wyczuwam osoby o podobnych jak ja cechach. Funkcjonuję w pracy bardzo dobrze, szczególnie odkąd mam świadomość mojego ADHD i nauczyłam się nim zarządzać. Lubię, jak coś się dzieje, więc moja praca to moje optymalne środowisko. Jak trzeba, to potrafię się skupić i szybko zadziałać w sytuacji kryzysowej, to takie naturalne źródło dopaminy, której tak potrzebuję. Oczywiście, mam też leczenie i terapię. Może cię zaskoczę informacją, że w 2025 r. były opublikowane wyniki badań dotyczących występowania ADHD wśród lekarzy brytyjskich i okazało się, że problem dotyczy 35 proc. lekarzy biorących udział w badaniu. Może ADHD w jakiś sposób predysponuje do tego zawodu? Ja wiem tylko na podstawie własnych doświadczeń, że kiedy przychodzi do mnie pacjent z już rozpoznanym przez psychiatrę ADHD, to rozumiem, co on czuje, co mu sprawia trudność i jakiego wsparcia potrzebuje. To relacja terapeutyczna dla obu stron.
Przyznanie, że nie pasuje się do promowanych kulturowo i medialnie wzorów, zawsze jest aktem odwagi i sprowadza konsekwencje, od niezręczności i dyskomfortu po cierpienie i wykluczenie społeczne. Pomimo rosnącej wiedzy i świadomości, że pewne zagadnienia, definiowane dawniej jako zaburzenia, obecnie stają się aspektami różnorodności, wciąż nie brak głosów zaprzeczenia. Nawet w środowisku lekarskim czasem słyszy się zdanie, że teraz to wszyscy mają ADHD albo autyzm, albo problem z identyfikacją swojej płci, że jest nadrozpoznawalność i moda na to. Może tak być. Może jednak być i tak, że pojęcie normy też ma swoje spektrum, w którym neuroróżnorodni lekarz i pacjent mogą się wzajemnie odnaleźć.