Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. licencja OIL w Warszawie
Autor: Paweł Walewski
Zamiast skalpela – selfie, zamiast recepty – suplementy. Celebryci zamieniają media społecznościowe w przychodnię, gdzie jedynym lekiem jest ich osobista marka.
W czasach, gdy każdy z milionem followersów na Instagramie może zostać autorytetem, polska scena celebrycka odkryła nowy, lukratywny rynek – zdrowie. Nie chodzi tu o sprzedaż mat do jogi czy wegańskich koktajli, bo byłoby to zbyt banalne. Współczesny influencer, uzbrojony w filtry, charyzmę i zerowe wykształcenie medyczne, śmiało wkracza na terytorium zarezerwowane niegdyś dla lekarzy. Od pakietów badań po suplementy na choroby autoimmunologiczne – gwiazdy mediów społecznościowych leczą nas wszystkich, a przy okazji siebie (głównie chyba z niedoborów na koncie bankowym).
Przyjrzymy się zatem, jak Ewa Chodakowska i Doda, a także ich mniej znani koledzy po fachu, próbują przekonać Polki i Polaków, że ich lajki w mediach społecznościowych to odpowiednik dyplomu z medycyny. Uwaga, spoiler: nie będzie to historia o triumfie nauki, lecz o jej wstydliwych peryferiach.
Zacznijmy od pani Chodakowskiej, ikony fitnessu, która od lat przekonuje, że wystarczy jej plan treningowy, by osiągnąć sylwetkę z okładki „Shape”. W lipcu 2025 r. trenerka postanowiła pójść o krok dalej i wkroczyć w świat diagnostyki medycznej. Współpraca z siecią laboratoriów Diagnostyka S.A. zaowocowała pakietem badań sygnowanych jej nazwiskiem, w tym osławionym zestawem „Czy to endometrioza?”. Pomysł szlachetny, ponieważ endometrioza to podstępna choroba, dotykająca nawet 10 proc. kobiet w wieku rozrodczym, a jej diagnostyka bywa wyzwaniem dla ginekologów. Cóż więc złego w tym, że influencerka chce pomóc? Problem w tym, że pakiet Chodakowskiej za ponad 1500 zł zawierał badania, które – jak zgodnie podkreślają specjaliści z Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników – nie mają wartości diagnostycznej w wykrywaniu endometriozy (jak np. marker CA-125). To tak, jakby diagnozować złamanie nogi za pomocą termometru – orzekli eksperci. Kampania szybko stała się więc obiektem drwin i oburzenia. Fundacja Pokonać Endometriozę wydała oświadczenie, w którym nazwała pakiet „nieetycznym lejkiem sprzedażowym”, wskazując, że sugerowanie diagnozy na podstawie niespecyficznych badań krwi może opóźnić właściwe leczenie. Co więcej, oferta była powiązana ze sprzedażą suplementów diety w sklepie trenerki, co tylko dolało oliwy do ognia. „Niedobory komórkowe” – termin, którym Chodakowska szafowała w kampanii – okazał się marketingowym bełkotem, niemającym oparcia w literaturze naukowej. Gdy fala krytyki zalała media społecznościowe, Diagnostyka błyskawicznie zakończyła współpracę, a celebrytka przeprosiła, tłumacząc, że nie miała wpływu na dobór badań. Chciałam tylko dobrze – napisała na Instagramie, gdzie jej post zebrał 50 tys. lajków i lawinę komentarzy w stylu: Ewa, zostaw to lekarzom.
Tymczasem niewiele wcześniej Dorota Rabczewska, znana jako Doda, postanowiła rzucić wyzwanie endokrynologom. Wokalistka, która od lat zmaga się z chorobą Hashimoto, ogłosiła, że sama wyleczyła tę przewlekłą, autoimmunologiczną chorobę dzięki diecie i własnym suplementom diety. Jej linia produktów, promowana jako remedium na niedoczynność tarczycy, stała się tematem gorących dyskusji. Nie biorę leków, a czuję się świetnie! – chwaliła się Doda na Instagramie, zachęcając fanki do zakupu jej specyfików. Problem? Hashimoto nie da się przecież wyleczyć dietą ani suplementami. One mogą wspierać organizm, ale nie zastąpią właściwej kuracji. Twierdzenia Dody o cudownym uzdrowieniu zostały uznane przez Główny Inspektorat Farmaceutyczny za niezgodne z prawem, które zabrania przypisywania suplementom właściwości leczniczych. W maju 2025 r. GIF złożył zawiadomienie do prokuratury, argumentując, że takie działania mogą zagrażać zdrowiu publicznemu. Ale Doda, nie tracąc rezonu, ripostowała, że dzieli się jedynie swoją historią i nie każe nikomu odstawiać leków; choć jej posty sugerowały coś zgoła innego.
Internauci na portalu X (dawnym Twitterze) nie pozostawili na niej suchej nitki. Doda leczy tarczycę, a ja wyleczę raka witaminą C – pisał jeden z użytkowników. Niemniej potężne zasięgi wokalistki w mediach społecznościowych – ponad 2 mln obserwujących – sprawiły, że jej słowa trafiają do ogromnej grupy odbiorców, z których wielu może potraktować je jako poradę medyczną. A to już nie żarty. Niedoleczona niedoczynność tarczycy może prowadzić do poważnych komplikacji, od depresji po problemy kardiologiczne.
Działania obu pań to tylko wierzchołek góry lodowej. Polska scena influencerska roi się od samozwańczych ekspertów od zdrowia. Weźmy Annę Lewandowską, która od lat promuje suplementy diety i „zdrowy styl życia” jako panaceum – od zmęczenia po bezpłodność. Jej marka oferuje koktajle białkowe i witaminy, które, choć zgodne z prawem, często są sprzedawane z obietnicami wykraczającymi poza ich rzeczywiste działanie. W 2023 r. Lewandowska znalazła się pod lupą UOKiK z powodu niejasnego oznakowania produktów, co zmusiło ją do korekty kampanii reklamowych. Nie można pominąć też Marysi Jeleniewskiej, jednej z czołowych polskich gwiazd TikToka, która w 2021 r., mając 19 lat, zachwalała „detoks sokowy” jako sposób na oczyszczenie organizmu z toksyn – termin, który przecież w medycynie nie istnieje. Nie przeszkodziło to jednak zarobić jej krocie na naiwności nastoletnich fanów, którzy uwierzyli, że szklanka soku zastąpi wizytę u lekarza. A ileż zamętu zrobiła niegdyś swoim wyznaniem w sprawie szkodliwości leków przeciwdepresyjnych Beata Pawlikowska (podróżniczka i dziennikarka z pokaźnym na swoich kontach gronem odbiorców) – lubiąca wypowiadać się na wiele tematów medycznych: od diet i szczepień do leczenia właśnie depresji. Idę o zakład, że influencerka nie potrafi jednak przebrnąć przez statystyczny i metodologiczny gąszcz cytowanych przez siebie prac naukowych, zatem argument, że postanowiła „wykorzystać swoją wiedzę i znajomość angielskiego”, by przekazać ukryte przez oficjalną medycynę złowieszcze fakty, to zdecydowanie za mało.
Za granicą też nie brakuje podobnych przykładów. Gwyneth Paltrow i jej marka Goop od lat sprzedają świece „o zapachu waginy” i jadeitowe jajka do ćwiczeń mięśni Kegla, obiecując poprawę zdrowia intymnego. W 2018 r. Goop zapłaciła 145 tys. dolarów kary za wprowadzanie konsumentów w błąd. W Polsce takie kary wciąż są rzadkością, choć UOKiK i GIF coraz śmielej przyglądają się influencerom. W tym roku urząd wszczął postępowanie przeciwko kilku celebrytom za promowanie produktów zdrowotnych bez odpowiednich zezwoleń (szczegóły są jednak wciąż niejawne).
Dlaczego to działa i Polacy dają się nabrać? Odpowiedź leży w psychologii i algorytmach. Media społecznościowe premiują charyzmę i emocje, a nie fakty. Celebryci budują zaufanie przez osobiste historie – tłumaczą medioznawcy. Kiedy Doda lub Chodakowska mówią: Pomogło mnie, pomoże i tobie, to działa jak reklama szeptana, tyle że na sterydach. Do tego dochodzi kryzys zaufania do tradycyjnych mediów i lekarzy. Długie kolejki do specjalistów i skomplikowany język medyczny sprawiają, że prosta rada od celebryty wydaje się atrakcyjniejsza niż wizyta w przychodni. Nie bez znaczenia jest też aspekt finansowy. Rynek suplementów diety w Polsce wart jest ponad 6 mld zł i rośnie w tempie 7 proc. rocznie, więc influencerki, takie jak wymienione w tym tekście, są idealnymi ambasadorkami firm, które chcą dotrzeć do masowego odbiorcy.
Co z tym zrobić? Wprowadzenie w 2024 r. surowszych regulacji dotyczących reklamy suplementów to krok w dobrą stronę, choć wciąż za mały. W tle czają się kolejni influencerzy, gotowi sprzedać nam zdrowie w estetycznym opakowaniu. Dla lekarzy to nie tylko walka z dezinformacją, ale też przypomnienie, że medycyna to nauka, a nie show-biznes. Jak mawiał Hipokrates: Primum non nocere. Może warto przypomnieć to celebrytom, nim kolejny raz nałożą biały kitel na Instagramie?