Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

Granice lekarza

fot. licencja OIL w Warszawie

Granice lekarza

Autor: Hanna Odziemska

Lekarz ma obowiązek. Lekarz powinien. Lekarzowi nie wolno. Lekarz musi. Kodeks etyki lekarskiej. Ustawa o zawodzie lekarza. Prawo karne. Kodeks cywilny. Zawód lekarza powszechnie kojarzy się od razu z katalogiem powinności i konsekwencji, które lekarz ma ponosić w przypadku ich niedopatrzenia.

Oczywiście, lekarz ma również prawa – tak jak wszystkim innym, mają je zapewniać konstytucja, prawo powszechne i prawa człowieka. W praktyce prawa lekarza jako człowieka i obywatela w społecznej świadomości są drobnym druczkiem na wąskim marginesie karty jego obowiązków, a naruszanie granic lekarza ma silne umocowanie systemowe i społeczne.

Mirka dobiega siedemdziesiątki, pracuje od lat w POZ.

– Jestem zmęczona, mam nadwagę, cukrzycę, oba stawy biodrowe po endoprotezoplastyce. Chciałabym iść na emeryturę, ale wiem, że się z niej nie utrzymam, a poza tym jeśli odejdę, to koleżankom będzie ciężko, a i pacjentów, których dobrze znam, nie mogę tak zostawić.

– Mówiłaś, że masz doświadczenie przekraczania granic.

– No tak. To było wtedy, kiedy jeszcze były papierowe recepty i dokumentacja, pacjenci stali w kolejce od czwartej rano, żeby się do mnie zapisać, zawsze było drugie tyle dodatkowych. Przerwa na posiłek była fikcją, bo właśnie w tej przerwie, zamiast zjeść, przyjmowało się dodatki, zostawanie do dwóch godzin po czasie pracy było normą. Pamiętam, kiedy pacjentka, dobra i wrażliwa osoba, przyniosła mi zupę w słoiku, weszła z tym do gabinetu, postawiła przede mną na biurku otwarty słoik i podając łyżkę, powiedziała: ja tylko po receptę, masz, kotuś, jedz, bo osłabniesz. To był naprawdę dobry, serdeczny gest z jej strony, ale… wiesz, jak się poczułam? Jak zwierzę pociągowe, którego litościwy gospodarz dokarmia podczas orki. I zamiast wdzięczności czułam upokorzenie. Ale to nie pacjentka mnie upokorzyła, tylko system, który narzucił mi taki nieludzki rygor pracy.

Damian pracuje w szpitalu powiatowym, mieszka w małej miejscowości niedaleko miejsca pracy. Wszyscy się tu znają.

– To była Wigilia, szykowaliśmy się z żoną i dziećmi do moich rodziców, wszystko było już zapakowane do samochodu, mieliśmy wsiadać i odjeżdżać. Kiedy zamykałem bramę, zadzwoniła znajoma. Mieszkała z rodzicami jakieś 20 km od nas, prosiła, żebym przyjechał do taty, bo źle się czuje. Zawahałem się chwilę, patrzyłem na zniecierpliwioną żonę i na podekscytowane dzieci. Zawahałem się też, bo sypał gęsty śnieg, ruch na drogach był duży, a wiedziałem, że po wizycie w domu znajomej będę musiał jechać w tych warunkach po zmroku, narażając moją rodzinę na trudną podróż. Próbowałem wytłumaczyć znajomej, że opóźnia pomoc dla ojca, wzywając mnie zamiast ratowników, ale usłyszałem, że ojciec nie chce karetki, tylko mnie. Zdecydowałem, że trzeba jechać. Rzeczywiście, okazało się, że chory wymagał pilnej pomocy, wezwałem ratownictwo i zaczekaliśmy, aż go zabiorą do szpitala. Wszystko skończyło się dobrze, dojechaliśmy szczęśliwie na kolację wigilijną i nie mam wątpliwości, że postąpiłem dobrze. Nadal jednak uważam, że córka powinna wezwać karetkę do ojca, zamiast opóźniać pomoc, wzywając mnie. I czasem wraca do mnie refleksja, że ludzie wykonujący inne zawody nie muszą rozwiązywać takich dylematów, mają swoje ustalone granice, a ja… właściwie nie mam granic.

Agnieszka jest rezydentką ortopedii. Atrakcyjna, wesoła, kontaktowa. 

– Może to mnie gubi, że jestem zbyt ufna. Nie rozpoznaję nieczystych intencji. Zanim się zorientuję, że ktoś chce mnie wykorzystać, już nieświadomie pozwalam skracać dystans i oferuję czystą przyjaźń. A dostaję… pogardę, mizoginię, seksizm. Kiedy staje się jasne, że pacjent, któremu w dobrej wierze przyzwoliłam na mniej oficjalny ton rozmowy, próbuje sugerować coś niestosownego, jest mi z tym bardzo źle. I nie umiem na to reagować. Po prostu zaczynam rozpaczliwie walczyć o przywrócenie dystansu, a w rezultacie odcinam się, wracam do pokoju lekarskiego i przeżywam wstyd. A przecież to nie mój wstyd, ja nigdy nie flirtuję z pacjentami. Jeszcze gorzej jest, gdy chodzi o moich kolegów lekarzy, zwłaszcza tych znacznie starszych ode mnie i utytułowanych. Oni są dla mnie merytorycznie autorytetami i mistrzami, tym bardziej boli, kiedy bezceremonialnie dotykają mnie, komentują mój wygląd albo opowiadają przy mnie niewybredne żarty. Czuję się wtedy uprzedmiotowiona, czuję się nikim. I znowu ten nie mój wstyd, który jednak uwiera mnie. Pytasz o granice? Moje granice są zdewastowane, a poczucie własnej wartości leży na podłodze.

Łukasz pracuje na SOR.

– O jakich granicach mówisz? Nie ma kiedy zjeść, napić się czegoś ciepłego, nie ma kiedy wyjść do toalety. Na każdym dyżurze słyszę przeróżne kombinacje obelg i wyzwisk pod moim adresem, straszenie izbą lekarską, sądami, rzecznikiem praw pacjenta, bo przecież jestem nierobem bez wiedzy, przez którego pacjenci czekają po kilkanaście godzin, a powinienem każdego i natychmiast obsłużyć, bo podobno na tym polega przysięga Hipokratesa. Oberwać też nie jest trudno, bo agresywny pacjent to codzienność SOR, a procedura bezpieczeństwa brzmi: radź sobie sam, jak potrafisz. A zatem granic nie ma, jest tylko śmiertelne zmęczenie i strzępki godności, które możesz ocalić, jeśli nie dasz się ponieść emocjom.

Aneta pracuje w prywatnej sieciówce.

– Tu wszyscy bez zahamowań naruszają granice lekarza. Pracodawca co miesiąc wzywa mnie na rozmowę i podsumowuje koszty badań, które zlecam. Zawsze mu wychodzi, że zlecam za dużo, dlatego nie dostaję podwyżki. Jeśli pacjent jest zadowolony z moich usług, to recepcja wręcza mu ankietę i QR kod do opinii, żeby pochwalił firmę, nie mnie przecież. Pacjenci przychodzą często z listą życzeń, żeby im wystawić skierowania na badania, których potrzebuje ich trener personalny, dietetyk albo trycholog. Jeśli odmawiam, to jest reklamacja, czyli skarga. Ostatnio miałam pacjenta z taką listą. Nie chodziło o trenera personalnego, tylko pacjent zażądał wystawienia skierowania na wszystkie badania, jakie ma w pakiecie, bo chce iść na rentę. Zaczął mnie wypytywać, ile trzeba dać łapówki w ZUS, żeby ją dostać, a kiedy zaproponował, że po wizycie zabierze mnie samochodem do ZUS, abym sobie wyrobiła tam znajomości i mu pomogła tę rentę załatwić, to naprawdę poczułam, że mocno naruszył moje granice. Pomyślałam wtedy, że to może być człowiek zaburzony i jeśli by mnie zaatakował, to jestem sama z nim w gabinecie, daleko od recepcji i nie mam szans na ucieczkę. Przecież w gabinetach biurka są tak ustawione, że lekarz jest uwięziony w przestrzeni między biurkiem a ścianą i w drodze do drzwi musi minąć agresywnego pacjenta, więc jest duże prawdopodobieństwo, że nie ucieknie.

Pytać, czy lekarz ma prawo do poszanowania swoich granic, to jak zastanawiać się, czy lekarz ma prawo być człowiekiem. Stawiamy sobie bardzo wysokie wymagania jako środowisko i to sprzyja dbałości o dobro pacjenta oraz etos zawodu. Może jednak warto pochylić się nad określeniem i poszanowaniem granic lekarza, bo przecież nie sposób być lekarzem, nie będąc człowiekiem. Parafrazując naszego heroicznego kolegę Janusza Korczaka, nie róbmy z siebie nieskazitelnego ideału, bo prawda o nas może być dla naszych pacjentów nie do zniesienia.

Hanna Odziemska

Autor: Hanna Odziemska

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.