Wybory zakończone. Sprawdź wyniki!

Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

fot. Marcelo Moreira / Pexels

Lekarz balansujący na linie

Autor: Hanna Odziemska

To zdecydowanie najdziwniejsze spotkanie z medykiem, który chciał, żebym opisała jego historię. Poprosił o rozmowę w pociągu. Dla bezpieczeństwa.

Adam jest lekarzem pracującym na umowę cywilnoprawną w jednej z mniej znanych prywatnych sieciówek. Pełni tam funkcję kierownika medycznego, a to oznacza, że odpowiada za prawidłowość udzielania świadczeń medycznych w przychodniach, którymi się opiekuje. Ma obowiązek kontroli dokumentacji medycznej, wychwytywania na bieżąco nieprawidłowości i niezwłocznego wprowadzania działań naprawczych. Dba o bezpieczeństwo pacjentów i stosowanie obowiązujących standardów medycznych. Prosi o rozmowę w pociągu.

– Adamie, nie gniewaj się – mówię – ale trochę to brzmi jak teoria spiskowa, a jazda pociągiem do Siedlec i z powrotem, żeby pogadać, to może ciekawy pomysł, tylko… przepraszam… wygląda trochę paranoicznie. Wybacz, że tak mówię, ale jestem szczera.

– W pociągu jest stały poziom szumu i ciągły ruch, ktoś wsiada i wysiada, więc po prostu będę się czuł bezpiecznie, jeśli pozwolisz.

Kupujemy kawę na dworcu i zajmujemy podwójne miejsce w kącie wagonu, tak żeby uniknąć bezpośrednich towarzyszy podróży, tak jak prosi Adam.

– Jesteś przestraszony. Co się stało? – zachęcam Adama do opowieści.

– Od kilku lat pracuję w tej sieciówce. Na początku bardzo mi się podobało. Wiesz, fajne pieniądze i wysoki standard usług dla pacjenta, żadnych przepychanek jak w publicznych ZOZ. Każdy pacjent ma swoją porę wizyty, jest dostępna szybka diagnostyka i konsultacje innych lekarzy specjalistów. Działa sprawny program do obsługi dokumentacji medycznej, mamy nowoczesny sprzęt komputerowy. Tak się zaangażowałem, że dyrektor po dwóch latach namówił mnie, żebym stanął do rekrutacji na stanowisko kierownika medycznego, które właśnie się zwolniło. Poprzedni kierownik twierdził, że rezygnuje ze względu na problemy zdrowotne.

– Podobała ci się praca na stanowisku funkcyjnym?

– Przez jakiś czas. Na początku dosłownie dostałem skrzydeł, miałem w głowie pełno pomysłów na usprawnienia, pilnowałem standardów i dokumentacji, rozmawiałem z lekarzami, wyjaśniałem, dbałem o jakość świadczeń zdrowotnych. Szybko mnie naprostowano, okazało się, że moje stanowisko nie daje mi żadnej władzy, że jestem tylko trybikiem machiny i mam działać według ustalonych zasad, tak żeby cele firmy były realizowane, a jak będę wyskakiwać z pomysłami, to mogę być postrzegany w środowisku kadry zarządzającej jako osoba problematyczna.

– Czyli z jednej strony ogromna odpowiedzialność, z drugiej paraliż decyzyjny?

– Dokładnie. Dodaj jeszcze do tego śmieszne – jak na stanowisko funkcyjne – ryczałtowane wynagrodzenie.

– Na razie nie powiedziałeś nic przerażającego – uśmiecham się do Adama znad kubka z kawą.

– Bo to wszystko było, jak mówi klasyk, „małe miki”. Prawdziwy problem wykluwał się podstępnie. Miałem w poradni specjalistycznej zabiegowca, na którego co miesiąc wpływały od pacjentów trzy, cztery skargi. I tak przez kilka lat. Początkowo, nastawiony pozytywnie, próbowałem z nim rozmawiać, uświadamiać, zalecać dodatkowe szkolenia i korektę zachowania. On był zwyczajnie chamski dla pacjentów i na to głównie były skargi. Ja przepraszałem pacjentów w imieniu firmy i świeciłem oczami, zgodnie z zaleceniem zarządu.

– Dlaczego go po prostu nie zwolniłeś?

– Bo to nie moja kompetencja. Ja jestem od merytoryki i etyki lekarskiej, zatrudnia i zwalnia firma. Nieraz pytałem, po co my go jeszcze trzymamy, ale słyszałem od dyrektora administracyjnego, że to dobry pracownik, bierze dużo godzin, przyjmuje komercyjnie mnóstwo pacjentów, słowem – przynosi firmie duże zyski. Pisałem więc kolejne odpowiedzi na skargi z przeprosinami i próbowałem dotrzeć do kolegi. Bez efektu.

– Adamie, ja nadal nie czuję atmosfery thrillera, z powodu którego siedzę z tobą w pociągu do Siedlec. – Zaczynam się niecierpliwić.

– No to teraz będzie thriller. – Adam dopija kawę szybkimi łykami. – Moja firma dojrzała do kontraktu z NFZ. Od razu powiedziałem, że ja w to nie wchodzę, ale zabiegowiec Wojtek wszedł. Nawet się dziwiłem, po co mu praca na NFZ, skoro ma przepełnione prywatne grafiki, ale udało mu się wydzielić z nich kilkanaście godzin tygodniowo tylko dla pacjentów, za których płacił NFZ. Po kilku miesiącach odkryłem przypadkiem coś, co mną wstrząsnęło. To było już w czasie, kiedy Wojtek zaczął być nieznośny dla pielęgniarek i personelu niemedycznego, jego chamstwo naprawdę sięgnęło zenitu. Potrafił zrobić karczemną awanturę z użyciem wulgarnego słownictwa nawet na korytarzu przychodni, bo ktoś ze średniego czy niższego personelu rzekomo coś mu zawinił. Rzekomo, bo Wojtek wszystkich obwiniał o to, że mu przeszkadzają pracować lub nie spełniają jego poleceń. Zacząłem więc dostawać skargi na Wojtka nie tylko od pacjentów, ale i od personelu. Zaprosiłem Wojtka na dywanik i już bez owijania, po męsku, wygarnąłem, że nie będę tolerował dłużej jego zachowania. Rozmawialiśmy w moim gabinecie i w pewnym momencie zacząłem mieć „cykora”, bo Wojciech wstał, zbyt żwawo gestykulował, raz nawet kopnął w ścianę, i to – uwierz – tak porządnie. Nie wyraził ani skruchy, ani nawet zrozumienia, że robi coś nie tak. Zgłosiłem to dyrektorowi medycznemu, mojemu bezpośredniemu przełożonemu, który też jest lekarzem. Zacząłem się naprawdę bać o bezpieczeństwo pacjentów. Mój kolega, dyrektor medyczny, natychmiast zarekomendował władzom firmy zwolnienie Wojtka, a ja go poparłem. Jeszcze tego samego dnia chciałem mu to powiedzieć, bo widziałem w grafiku, że rano przyjmował na NFZ, później miał długą przerwę, a wieczorem przyjmował pacjentów komercyjnie. Ja tego dnia pracowałem cały dzień, więc pod koniec pracy zacząłem szukać Wojtka. W gabinecie go nie było, a w rejestracji powiedziano mi, że przyjmował rano, wyszedł po przyjęciu pacjentów NFZ i już nie wróci. Usiadłem więc szybko do kontroli dokumentacji medycznej, żeby sprawdzić, czy wizyty zapisanych na wieczór pacjentów komercyjnych zostały odwołane. Wiesz sama, że nie ma opcji kombinowania przy dokumentacji elektronicznej, każdy ruch widać co do minuty. Sprawdziłem więc dokumentację i okazało się, że wieczorne, komercyjne wizyty nie tylko nie zostały odwołane, ale zostały zrealizowane i czasowo pokrywały się z wizytami na NFZ, to znaczy ci sami pacjenci w godzinach porannych mieli podwójne wizyty w czasie tych samych 15 min, a Wojtek zainkasował pieniądze jednoczasowo od NFZ i komercyjnie.

– Nie mów, że twoja firma nie zwolniła tego lekarza?

– Jakby go wtedy zwolnili, tobym teraz nie jechał z tobą do Siedlec. Jak tylko odkryłem malwersację, natychmiast zadzwoniłem do dyrektora administracyjnego i powiedziałem mu o sytuacji. Wiesz, co odpowiedział? Że wie o tym, że to za jego zezwoleniem i że wieczorne grafiki wizyt prywatnych są fikcyjne.

– Zaczynam czuć thriller – mówię już całkiem poważnie.

– Nie mogłem spać, nie wiedziałem, co robić, komu to zgłosić. Wybrałem dyrektora medycznego, bo tylko jemu ufałem, w końcu to lekarz, tak jak ja. Opisałem mu w mailu sytuację i – tak jak się spodziewałem – następnego dnia była burza. Znowu zarekomendował natychmiastowe zwolnienie Wojtka i zwrot pieniędzy za komercję nienależnie pobranych od pacjentów przyjętych na NFZ, ja to poparłem.

– A co na to dyrektor administracyjny?

– Wdrożył procedurę zwrotu pieniędzy pacjentom, ale zarekomendował postępowanie wyjaśniające wobec Wojtka i działania naprawcze. Ostatecznie Wojtek dostał od dyrekcji pisemne upomnienie i pracował dalej, bo przecież przynosił firmie zyski. Ale thriller, moja droga, dopiero się rozkręca. Niedługo później super-Wojtek, znany z tego, że przyjmuje rekordową liczbę pacjentów i równie rekordowo szybko robi zabiegi, zaliczył grubą „wtopę”. Miał pecha trafić na pacjenta z niskim progiem odczuwania bólu, a że zabiegi robił w znieczuleniu nasiękowym, które wymaga, aby odczekać chwilę od podania leku do rozpoczęcia zabiegu, to przystąpił do niego zbyt wcześnie, kiedy pacjent jeszcze miał silną percepcję z receptorów bólowych. Zabieg trwał poniżej 5 min, pacjent prosił, żeby Wojtek przerwał, ale on nie słuchał, dokończył. Po zabiegu pacjent wyszedł z przychodni i po kilkuset metrach omdlał. Ktoś wezwał karetkę. Kiedy zespół ratunkowy zebrał wywiad od przytomnego już pacjenta, wrócił z nim do przychodni, żeby Wojtek chociaż wystawił skierowanie do szpitala, było to przecież powikłanie po jego zabiegu. Wojtek odmówił, twierdząc, że nie ma wskazań, a kiedy umęczony pacjent sam zrezygnował z pomocy Wojtka i ratowników i zadzwonił po rodzinę, żeby go zabrała do domu, kolega Wojciech przypomniał sobie, że pacjent nie podpisał mu zgody na zabieg.

– Czy dobrze rozumiem – wykonał zabieg z rażącym zaniedbaniem standardów bezpieczeństwa i bez zgody pacjenta? Nie wierzę.

– Też nie wierzyłem. Ale tej zgody nie było, nie ma i nie będzie, bo choć Wojtek wymusił na pacjencie jej podpisanie po zabiegu, to według informacji od ratowników pacjent oprócz podpisu umieścił na formularzu zgody jakiś tekst, zapewne nie na rękę Wojtkowi. Ten wziął formularz, żeby rzekomo dać go w rejestracji do zeskanowania, i od tej pory nikt tego formularza nie widział.

– Co zrobiłeś?

– Kolejne postępowanie wewnętrzne, tym razem skutecznie zakończone zwolnieniem dyscyplinarnym kolegi Wojciecha.

– Dyrektor medyczny cię wsparł?

– No właśnie. Wsparł i doprowadził do zwolnienia Wojtka, ale kiedy zapytałem, co dalej, gdzie mamy to zgłosić, to mój serdeczny kolega, dyrektor medyczny, któremu ufałem bez zastrzeżeń, poprosił mnie – niby nieformalnie – żebym przestał się tym interesować i nigdzie tego nie zgłaszał. Wtedy straciłem wiarę w sens pracy w tej firmie.

– I nigdzie tego nie zgłosiłeś?

– Proszę cię, jak mógłbym tego nie zgłosić. Pomijając moją uczciwość i odpowiedzialność… Gdyby później wybuchła afera, byłbym wskazany przez firmę jako winny niezgłoszenia, bo przecież mam funkcję. Postępowanie trwa, a ja się boję o własne bezpieczeństwo, bo widzę, że mam do czynienia z bezwzględnymi ludźmi. Szukam nowej pracy.

W Siedlcach nie czekamy długo na powrót, ale wystarcza nam czasu, żeby kupić nową kawę i jakieś przekąski. Droga powrotna z Siedlec do Warszawy dla mnie i dla Adama jest już zupełnie inna. Mamy nadzieję, że bezpieczna i lepsza.

Hanna Odziemska

Autor: Hanna Odziemska

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.