Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

Lekarz sygnalista

fot. licencja OIL w Warszawie

Lekarz sygnalista (nie)mile widziany

Autor: Hanna Odziemska

Określenie „sygnalista” nie ma dobrej prasy. Sygnalista bywa odbierany jako elegancki eufemizm, którym zastępuje się jednoznacznie pejoratywny wydźwięk określenia „konfident”. Na szczęście jednak coraz lepiej potrafimy odróżniać zwykłe donosicielstwo wynikające z niskich pobudek od informowania odpowiednich osób, organów czy instytucji o problemie w celu zapobieżenia czyjejś szkodzie.

Pozytywne konotacje sygnalizowania trafnie obrazuje pochodzące z kultury anglosaskiej określenie whistleblower, nawiązujące do historycznej procedury sygnalizowania przez dziewiętnastowiecznych policjantów zagrożenia za pomocą gwizdka.

Sygnalista, czy też whistleblower, nie ma łatwego życia. Potrafi patrzeć i słuchać ze zrozumieniem, ponadto cechuje go wrażliwość oraz poszanowanie prawa, więc szefowie zwykle postrzegają go jako osobę niewygodną, a współpracownicy w najlepszym razie jako dziwaka. Tymczasem sygnaliści są wśród nas i pomimo zniechęcającej wokół nich atmosfery wypełniają w pracy lub środowisku swoją misję zgłaszania nieprawidłowości, naruszeń i zagrożeń.

Pierwszy sygnalista, z którym rozmawiam, to Tadeusz, emerytowany lekarz anestezjolog.

– To stara historia, nie wiem, czy kogoś to zainteresuje, bo to było 30 lat temu. W karetkach pogotowia nie było jeszcze ratowników, jeździli lekarze. Na stacji wydawano nam leki narkotyczne na każdy dyżur, po nim je zdawaliśmy i rozpisywaliśmy rozchód. Kierownik stacji lubił, żeby był spokój, irytowały go skargi od pacjentów i lekarze, którzy coś od niego chcieli. Za nadzór nad narkotykami była odpowiedzialna Magda, anestezjolożka, którą kierownik zrobił swoim zastępcą, bo wyręczała go prawie we wszystkim, i miał upragniony spokój. Chodziły wśród średniego personelu plotki, które docierały też do lekarzy, że Magda lubi sobie dziabnąć w żyłę. Ja w to nie wierzyłem, bo merytorycznie była świetna i w jej zachowaniu też mnie nic nie niepokoiło. Mieliśmy pacjentkę z zaawansowanym rakiem trzustki, do której regularnie były wezwania. Opieka paliatywna nie była wtedy jeszcze tak rozwinięta, jak teraz, pogotowie załatwiało wiele roboty, którą później dopiero przejęły hospicja i lecznictwo otwarte. Ta pacjentka była uczulona na niektóre leki przeciwbólowe, więc zwykle podawaliśmy jej opioid, który dobrze tolerowała. Któregoś razu po podaniu leku wystąpiła u niej anafilaksja, z trudem udało nam się ją z tego wyprowadzić i dowieźć do szpitala. Byłem w szoku, bo sam wielokrotnie podawałem pacjentce ten sam lek i nigdy nic takiego się nie działo. Mieliśmy obowiązek zachowywać ampułki po użytych lekach narkotycznych, więc kiedy wróciliśmy na stację, zacząłem oglądać tę ampułkę. Była na niej naklejka z nazwą, numerem serii i datą ważności, tak jak zwykle, ale kiedy spojrzałem na nią pod światło, wydawało mi się, że pod naklejką jest jeszcze jakiś napis. Ostrożnie ją odkleiłem i z przerażeniem stwierdziłem, że na ampułce jest nazwa i seria leku, który uczulał pacjentkę. Niezwłocznie zgłosiłem to Magdzie, która z widocznym zdenerwowaniem zażądała, żebym oddał jej tę ampułkę i przestał się tym interesować, bo ona to załatwi. Nie chciałem tego zrobić i szczerze opowiedziałem jej o plotkach. Ona to wyśmiała i powiedziała, że mam w takim razie rozliczyć rozchód zgodnie z naklejką. Poszedłem do kierownika, który z niechęcią przyjął moje zgłoszenie. A po co pan w tym grzebał? – nie krył niezadowolenia. Powiedział to samo co Magda, że mam się tym więcej nie zajmować, bo on to załatwi. Ostrzegłem wszystkich kolegów ze stacji i oglądałem potem zawsze dokładnie ampułki, które pobierałem na dyżur, ale problem tak jakby zniknął, nie wykryłem więcej procederu z zamianą leków. Mówię tak jakby, bo chociaż pacjenci byli już bezpieczni, to kilka miesięcy później Magda nagle przestała przychodzić do pracy, a kierownik w niedługim czasie powiedział nam, że będzie jej pogrzeb i że policja może nas wzywać jako świadków, bo znaleziono ją w domu martwą, a w mieszkaniu było dużo pustych ampułek po opioidach. Mam straszny żal do kierownika, bo może Magda by żyła, gdyby nie jego polityka zamiatania problemów pod dywan.

Drugą sygnalistką jest Emilia, specjalistka medycyny rodzinnej.

– Teraz dużo się mówi o przemocy domowej, ale kilka lat temu to był temat tabu. Taka jakby zmowa milczenia oprawców i ofiar, błędne koło bezkarności z jednej strony i bezsilności z drugiej. Kasia pracowała ze mną w poradni, świetna lekarka, uwielbiana przez pacjentów. Któregoś wieczoru na koniec pracy wpadła bez uprzedzenia do przychodni i weszła do mojego gabinetu, jak tylko wyszedł ostatni pacjent. Chcę cię prosić o dwa–trzy dni zwolnienia, dzwoniłam już do szefowej i ona się zgodziła. Poprosiłam, żeby opowiedziała, co się stało, powiedziałam, że muszę ją zbadać, bo przecież jakieś rozpoznanie powinnam wpisać i dać jej zalecenia. Najpierw nie chciała się rozebrać, ale wiedziała, że nie ustąpię, więc w końcu powiedziała, że miała mały wypadek w domu, że potknęła się i przewróciła na schodach, więc z powodu bólu nie czuje się na siłach pracować, ale to nic takiego i sama już sobie wypisała receptę na leki. Zbadałam ją, miała zasinienia w okolicach lędźwiowych i pod łopatkami. Wydały mi się dziwne jak na stłuczenia po upadku na schodach, ale kiedy jej o tym powiedziałam i zaproponowałam Niebieską Kartę, to odmówiła. Rozmawiałam następnego dnia z naszą szefową, że martwię się o Kaśkę i może by trzeba coś zadziałać, porozmawiać z nią w zespole, wesprzeć, zaoferować pomoc. Usłyszałam, że jestem nadgorliwa, bo przecież nic się nie dzieje, a ja wymyślam teorie spiskowe. Kilka tygodni po tej wizycie Kaśka z samego rana czekała na mnie przed przychodnią w ciemnych okularach, chociaż dzień był pochmurny. Daj mi kilka dni zwolnienia, proszę – odciągnęła mnie na bok, poza zasięg widoczności z recepcji. Gdy zaczęłam ją wypytywać, co się stało, uchyliła okulary i okazało się, że ma krwiak okołooczodołowy. Robiłam porządki w garderobie, a tam jest taka szafka z ostrymi kantami, no i przez nieuwagę się uderzyłam. Próbowałam dociekać, co się dzieje, ale ona tylko powtarzała opowieść o szafce i prośbę o zwolnienie, zirytowała się, kiedy znowu wspomniałam o Niebieskiej Karcie. Tego samego dnia powiedziałam szefowej o sytuacji i znowu usłyszałam, że jestem problematyczna, bo grzebię w tym, chociaż Kaśka wyraźnie powiedziała, że nie chce żadnej Niebieskiej Karty. Trzecia prośba Kasi o zwolnienie była dwa tygodnie później, na twarzy miała drobne wybroczynki, a na szyi poziome zasinienie. Tym razem był SOR i Niebieska Karta, Kasia już nie protestowała. Za to od szefowej usłyszałam, że teraz mam wziąć dodatkowe godziny w przychodni, bo przez akcję z Kaśką nie ma obsady i grafik się sypie.

Whistleblowing nie jest zarezerwowany wyłącznie dla medyków – sygnalistą może i powinien być każdy, kto dostrzega zagrożenie. W przypadku lekarzy rola ta bywa jednak szczególnie trudna. Choć dzięki wiedzy i wrażliwości szybciej rozpoznają nieprawidłowości w swoim otoczeniu, to przebicie się przez mur systemowego oporu okazuje się wyjątkowo żmudne.

Trzeba jednak bez względu na koszty przebijać się przez ten mur, bo celem jest przecież czyjeś życie. 

Hanna Odziemska

Autor: Hanna Odziemska

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.