Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. Dolina Modlitwy / Unsplash
Autor: Karolina Stępniewska
Czy wiara i medycyna stoją w opozycji? Obie dotykają tajemnicę życia i śmierci, obie wymagają pokory wobec tego, co przekracza ludzkie możliwości. O tym, czy wiara może wspierać lekarzy, pacjentów i proces leczenia, rozmawiam z ks. Władysławem Dudą, dyrektorem Archidiecezjalnego Zespołu Domowej Opieki Paliatywnej i duszpasterzem środowisk medycznych archidiecezji warszawskiej.
Medycyna jest ściśle oparta na dowodach naukowych. Czy w związku z tym może mieć jakiekolwiek punkty styczne z wiarą? Czy to się nie wyklucza?
Owszem, medycyna bardzo mocno opiera się na nauce, ale jednak wiemy też, jak ważna jest wiara w skuteczność leczenia, weźmy choćby samo zjawisko placebo. Żeby lek zadziałał, trzeba go oczywiście przyjąć, jednak dodatkowym czynnikiem wzmacniającym jego działanie jest przekonanie pacjenta, że ten lek mu pomoże. Leczenie ma o wiele większe powodzenie, jeśli pacjent podchodzi do niego z nadzieją, że przyniesie ono efekty. Ta wiara jest ogromnie ważna w procesie zdrowienia.
ks. Władysław Duda / fot. Łukasz Jurewicz
Niestety, czasami to za mało. Czy osoby wierzące w Boga inaczej przeżywają chorobę i odchodzenie niż ci, którzy tej wiary nie mają?
Pracuję w hospicjum od ponad 30 lat i na podstawie wielu doświadczeń oraz rozmów z pacjentami i ich bliskimi mogę powiedzieć, że dla człowieka wierzącego ogromnie ważne jest zawierzenie Bogu – powierzenie Mu siebie. Natomiast człowiek niewierzący nie odnosi się do Boga, więc nie mogę w rozmowie z nim używać takich argumentów. Do takich osób trzeba podejść zupełnie inaczej.
Czy niewierzący chcą w ogóle rozmawiać o Bogu?
Tak, to się zdarza. Pamiętam chorego, który zapytał mnie, czy ma szansę uwierzyć. Odpowiedziałem mu: To zależy tylko od ciebie. To twoja decyzja, twój akt woli. Bo wiara zawsze zaczyna się od chcenia.
Czasem, gdy wchodzę do sali, czuję, że między mną a niewierzącym pacjentem jest niewidzialna ściana. Wtedy wiem, że od nas obydwu zależy, czy uda się ją zburzyć. Bardzo często udaje się to dzięki rozmowie o codziennych sprawach – wtedy ten mur powoli się kruszy. Zawsze przypominają mi się słowa ks. Jana Twardowskiego: Nie przyszedłem pana nawracać. I rzeczywiście – nie o to chodzi. Nie przychodzę, by coś wymusić, ale by być blisko człowieka, który mnie potrzebuje. Dlatego czasem odwiedzam tych pacjentów ubrany po cywilnemu. Chodzi o zwyczajną rozmowę, o obecność.
A czy lekarze i kapelani szpitalni mogą współpracować jako zespół troszczący się o pacjenta?
Zdecydowanie tak. W wielu krajach, również w Polsce, ta współpraca już funkcjonuje. Wiem z doświadczenia, że to bardzo potrzebne. W naszym hospicjum domowym przyjęliśmy zasadę, że pierwszą osobą, która kontaktuje się z pacjentem i jego rodziną, jest lekarz. Później dzwoni psycholog, by zaproponować rozmowę. Czasem spotykamy się z oporem, bo wciąż funkcjonuje przekonanie: Po co psycholog? Przecież nie jestem chory psychicznie. Wtedy bardzo ważna jest rola pielęgniarki, która ma z pacjentem codzienny kontakt i potrafi go przekonać. Tak właśnie wygląda współpraca w zespole: psycholog, pielęgniarka, lekarz i kapelan uzupełniają się wzajemnie. Wszystko po to, by jak najlepiej pomóc pacjentowi i jego rodzinie.
Mówi się, że cierpienie uszlachetnia. Jak ksiądz to widzi?
Ks. prof. Józef Tischner, pod koniec życia bardzo cierpiący z powodu nowotworu, gdy nie mógł już mówić, napisał na kartce dwa słowa: Nie uszlachetnia. I rzeczywiście – absolutnie nie wolno tego tak stawiać. Cierpienie związane z bólem zawsze jest złem i potworną traumą. Trzeba niebywałej postawy, żeby cierpienie przyjąć jako coś, co uszlachetnia.
Ks. Jan Kaczkowski mówił za to, że Pan Bóg nie daje nam zadań, których nie potrafilibyśmy unieść. Ksiądz zgadza się z tym zdaniem?
Dla osoby wierzącej Bóg jest zawsze siłą. Może zawierzyć siebie Bogu, chociaż to nadal jest ogromnie trudne. Ale dla kogoś, kto nie wierzy, te słowa nie mają sensu.
W cierpieniu chyba nietrudno zwrócić się przeciwko Bogu?
Pamiętam pacjenta, który leżał skulony z bólu i jedyne, co mógł powiedzieć, to: Dlaczego? Czym ja tak zgrzeszyłem? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Bóg milczy. Człowiek wtedy wchodzi z Nim w spór – bardzo uzasadniony. Mogę powiedzieć tylko: Spróbuj przebaczyć Bogu za to, co cię spotkało. To jest wyjątkowo trudne. Bywa, że ktoś umiera w tym buncie. To bardzo bolesne, zwłaszcza dla bliskich, którzy mówią: Dlaczego Pan Bóg zrobił to mojej matce czy komuś, kogo ja bardzo kochałem? To jest właściwie nie do wytłumaczenia.
A jednak wielu ludzi czerpie z wiary siłę i nadzieję.
Tak, to prawda. Nigdy nie zapomnę słów pewnej chorej kobiety: Kiedy przestaje działać środek przeciwbólowy i ból narasta, wtulam się w Chrystusa. Osoba głęboko wierząca potrafi w zażyłości z Bogiem naprawdę znaleźć ukojenie.
Czy wiara może być pomocna w pracy lekarza?
Myślę, że może być ogromnym wsparciem, zwłaszcza w pracy z pacjentami terminalnie chorymi. Celem lekarza jest wyleczenie chorego, ale w przypadku naszych pacjentów to się nie wydarzy. Tu ważne jest pochylenie się nad nimi z empatią. Sprawienie, by mniej cierpieli. Lekarzowi wierzącemu może być czasami łatwiej przekazać pacjentowi wewnętrzną siłę, nawet jeśli nie może mu już obiecać wyzdrowienia. Myślę też, że wiara może chronić przed wypaleniem zawodowym. Ono zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje widzieć sens tego, co robi. Dla osoby wierzącej źródłem siły jest Bóg – to z Niego czerpie poczucie sensu i nadziei. Światło. Człowiek niewierzący ma trudniej – myślę, że łatwiej może popaść w poczucie bezsensu.
Na początku naszej rozmowy zapytałam, czy medycyna i wiara mogą mieć punkty styczne. Po tym, co ksiądz powiedział, wydaje się, że są sobie znacznie bliższe, niż myślałam.
Zawód lekarza od zawsze miał charakter humanistyczny. Mówimy o „sztuce lekarskiej” – a sztuka to przecież domena humanizmu. Medycyna opiera się na nauce, ale musi być prześwietlona przez humanizm. Lekarz, który widzi w pacjencie człowieka, leczy lepiej i pełniej. Najwięksi lekarze w historii byli humanistami. Artystami.
Na zakończenie – jakiej duchowej rady udzieliłby ksiądz lekarzom w tym okołoświątecznym i noworocznym czasie?
Niech towarzyszy państwu triada: wiara, nadzieja i miłość. Tak jak pisał św. Paweł w Liście do Koryntian: Trwają wiara, nadzieja i miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość. Miłość jest źródłem wszystkiego – to ona stoi u początku każdego gestu pomocy drugiemu człowiekowi. To ona chroni przed wypaleniem, daje siłę i sens. W leczeniu ważne są dwa ośrodki: umysł i serce. Jeśli działają razem – wtedy naprawdę służymy człowiekowi.