Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. Jakub Zerdzicki / pexels
Autor: Hanna Odziemska
Po raz kolejny lekarze zostali polityczno-medialnym chłopcem do bicia. Nie, nie bronię tych uwikłanych politycznie i finansowo kolegów, którzy uprawiali wyższe poziomy rzekomej bilokacji w myśl zasady, że „pierwszy milion trzeba ukraść”.
szustwo i wyłudzanie korzyści majątkowych są zawsze odrażające i niegodne, a dochodzeniem i konsekwencjami prawno-dyscyplinarnymi niech zajmują się odpowiednie organy. Nie można jednak zgodzić się na przenoszenie opinii dotyczącej działań pojedynczych lekarzy na całe środowisko. Jest to rozumowanie nie tylko obarczone błędem, ale też zwyczajnie niesprawiedliwe.
Makiaweliczne zarządzanie faktami przez władzę dla skierowania frustracji społecznych wobec jakiejś grupy, obranej jako użyteczna w roli kozła ofiarnego, jest taktyką stosowaną w historii od tysiącleci. Taktyka ta, będąca de facto
manipulacją, ma za zadanie obronić legitymizację władzy, co – jak pokazuje historia – zwykle jest skuteczne, ponieważ wskazanie fałszywego winnego i postawienie się władzy w roli fałszywego zbawiciela zawsze działa. Wystarczy prześledzić historię konfliktów, choćby kilkaset lat wstecz, aby zobaczyć powtarzający się schemat: ktoś, kto czymś zawinił, był konkretnej narodowości, więc sprawujący władzę ogłaszali, że wszyscy przedstawiciele tego narodu są winni, a wojna lub rzeź zaspokajała społeczną potrzebę rozładowania frustracji i dawała iluzję sprawiedliwości, a przede wszystkim odwracała uwagę od kryzysu będącego skutkiem nieudolności bądź nieuczciwości władzy. Przykład? Dowolny, od pożaru Rzymu w 64 r. po współczesne wojny.
Dlaczego lekarzy tak łatwo postawić w roli wroga publicznego? To proste – nie mają jak się bronić. Lekarz może podjąć najwyżej strajk głodowy, ale nie odejdzie od łóżka pacjenta, nie odmówi pomocy w dowolnym miejscu w razie zagrożenia życia, nie podejmie form protestu, którymi mógłby skutecznie sprzeciwić się władzy, ale narażałyby pacjenta na brak opieki lekarskiej. Lekarz będzie leczył niezależnie od tego, czy jest doceniany, czy poniżany. Władza to wie i dlatego z nami nie rozmawia, lekceważąco odnosi się do naszych próśb o konsultacje dotyczące ustaw, nie chce korzystać z naszego doświadczenia i wiedzy, co zrobić, żeby usprawnić system opieki zdrowotnej. Lekarzy jest za mało, żeby władza musiała liczyć się z nami jako grupą wyborców, a dostatecznie dużo, żeby zrobić z nas medialnie kastę dorobkiewiczów i wystawić na cel sfrustrowanym przedstawicielom innych zawodów, którzy z trudem ogarniają koszty utrzymania się i jeszcze przez wady systemu nie mogą dostać się do lekarza w czasie adekwatnym do potrzeb zdrowotnych.
Dlaczego zarobki lekarzy budzą takie oburzenie? W USA i niektórych krajach Europy Zachodniej i Północnej roczne zarobki lekarzy są zbliżone lub przekraczają milion w przeliczeniu na złotówki. Polski lekarz ma wciąż przypiętą na plecach łatkę literackiego wzoru doktora Judyma, a społeczeństwo oczekuje od niego całopalnej ofiary z jego życia, gotowości do niesienia pomocy 24/7 i zostawania po godzinach w pracy. Lekarzy zawsze jest za mało w odniesieniu do liczby potrzebujących i jeśli odmawiają przyjęcia dodatkowego pacjenta, bo już nie mają siły, to zawsze spotka się to z potępieniem. A jeśli mimo zmęczenia zgodzą się przyjąć tego dodatkowego pacjenta i popełnią błąd, czeka ich postępowanie karne i dyscyplinarne. Ofiara całopalna lekarza ma więc w społecznej świadomości polegać na całkowitym oddaniu pacjentom, rezygnacji z życia prywatnego, a nawet podstawowych potrzeb lekarza jako człowieka, a w dodatku na limitowaniu jego zarobków tak, żeby nie budziły zawiści tych, którzy zarabiają mniej. Z grubsza taką linię obrała władza w odpowiedzi na sprawę wysokich zarobków niektórych lekarzy, ujawnionych do publicznej wiadomości. Nie mówię tu o tych, którzy oszukiwali, tylko o tych, którzy bardzo dużo pracują, mają wysokie stawki za wyjątkowe kompetencje i przez nieszczęsne kominy płacowe. Zamiast przeanalizować sprawę i wyciągnąć racjonalne wnioski, zamiast posłuchać głosu uczciwych lekarzy, przedstawicieli samorządu lekarskiego, zamiast przyznać się do źle funkcjonujących od dawna bubli prawnych w rodzaju wyceny procedur sprzyjającej nieprawidłowościom na poziomie zarządczym podmiotów leczniczych, władza wskazuje podpalaczy Rzymu i urządza igrzyska, na których głównymi ofiarami są etos lekarza i zaufanie pacjentów, a iluzja pod tytułem „maksimum 240 zł za godzinę” to jakby przywołanie niesławnego hasła: „komuno, wróć”, bo czyż nie decentralizacja władzy i wolny rynek były celami transformacji z 1989 r.?
Dlaczego oburzenie budzą zarobki lekarzy, a nie podobnie wysokie zarobki znanych sportowców, przedstawicieli modelingu i środowisk artystycznych, a także polityków i ludzi biznesu? Zresztą niech każdy zarabia tyle, ile potrafi zarobić uczciwie, ale byłoby nie fair nie zauważyć szczególnej roli lekarzy dla społeczeństwa. Nie chcemy myśleć o nieprzyjemnych rzeczach, więc zapewne wzbudzi sprzeciw uwaga, że możemy w każdej chwili znaleźć się w stanie wojny. Ale to prawda i myślenie życzeniowe lub wypieranie nic tu nie zmieni. W czasie wojny lekarze stanowią kluczową grupę strategiczną, co jest oczywiste, i – w niczym nie ujmując innym zawodom, bo też mogą wykazać się heroiczną postawą w warunkach wojennych – jednak np. szkolenie z ratownictwa na polu walki i ewakuacji rannych to ok. 30–40 godzin kursu, a w momencie wybuchu wojny może nie być aż tyle czasu, żeby przeszkolić sportowców i artystów, bo na polityków i prezesów, jak uczy historia, lepiej w tej kwestii nie liczyć.
No to w końcu, ile powinien zarabiać lekarz? Najprościej – stawka godzinowa pomnożona przez liczbę godzin pracy. Jeśli coś tu powinno być limitowane, to właśnie ta liczba godzin pracy tygodniowo czy miesięcznie, bo zmęczony lekarz to zagrożenie dla pacjenta, a stawkę za godzinę niech ustala wolny rynek, tak samo jak w innych transakcjach. Samorząd lekarski od dawna już podejmuje kwestię limitu czasu pracy lekarza, ale władza woli limitować stawki godzinowe, bo to lepiej działa na wyobraźnię społeczeństwa i podsyca tak korzystne dla władzy niezadowolenie ze środowiska lekarskiego. Głos samorządu lekarskiego jest dla władzy tylko szumem, który należy wyciszyć, żeby nie zakłócał jedynie słusznej narracji, w której pojawia się jeszcze jeden jątrzący wątek, że: do lekarza przychodzi nauczyciel i ma świadomość, że lekarz zarabia 15 razy więcej niż on. Jest to niestety populistycznie bardzo skuteczny argument, ale dla tych, którzy spróbują dokonać nad nim refleksji, efekt może być dokładnie odwrotny do zamierzonego przez władzę i media. To nie lekarz zarabia za dużo. To nauczyciel, który również wykonuje wyczerpujący fizycznie i emocjonalnie zawód z misją, zarabia za mało. A przecież Pismo Święte, księga mądrości, które każdy, niezależnie od tego czy jest wierzący, powinien szanować, mówi wyraźnie: Godzien jest robotnik zapłaty swojej (1Tm 5,18).