Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. Karola G. / Pexels
Autor: Małgorzata Solecka
48 tys. zł. Taki maksymalny limit zarobków dla lekarzy pracujących w podmiotach publicznych – bez względu na formę zatrudnienia – proponuje Ministerstwo Zdrowia. Choć w zasadzie trudno powiedzieć, by była to propozycja resortu. Kierownictwo MZ przekonuje bowiem, że limitów domaga się „strona społeczna”. Takie jest oczekiwanie.
Jeszcze latem przedstawiciele samorządu lekarskiego słyszeli od nowej szefowej resortu zdrowia, że wprowadzenie ograniczeń w obszarze kontraktów jest raczej niemożliwe. Minęły jednak (zaledwie) trzy miesiące – i wszystko jest możliwe. Zarówno wprowadzenie CAP, górnej granicy wartości kontraktów, jak i likwidacja umów opartych na procencie od wykonanych procedur (umowy mają być zunifikowane, zawierane według wzorca opracowanego w MZ oraz oparte na stawce godzinowej) oraz wprowadzenie zasady, że kontrakt może być zawarty na wymiar odpowiadający minimum jednej drugiej etatu. Lekarz na kontrakcie zasadniczo mógłby zarobić ok. 38 tys. zł, w wyjątkowych przypadkach – ok. 10 tys. zł więcej.
Nie mówi się o tym (jeszcze) zbyt głośno, ale między resortem zdrowia a NFZ trwają rozmowy, czy – albo raczej w jakim zakresie – ograniczyć możliwość łączenia pracy w publicznym i prywatnym sektorze ochrony zdrowia. Jeśli miałby być wdrożony plan maksimum (np. rozważany podobno zakaz świadczenia usług w więcej niż jednym schemacie finansowania, również dla podmiotów prywatnych, czyli albo „na NFZ”, albo w modelach komercyjnych), system czekałoby prawdziwe trzęsienie ziemi.
Na razie (połowa listopada AD 2025) dyskusja publiczna koncentruje się jednak na kwestii zarobków. Rozmowy w Trójstronnym Zespole ds. Ochrony Zdrowia (początek obrad plenarnych wyznaczono na 18 listopada, zapewne nie ograniczą się do jednego posiedzenia) odbywają się z bardzo skromną reprezentacją środowiska lekarskiego – planowo uczestniczy w nich jedynie Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, reprezentujący przede wszystkim pracowników etatowych. Samorząd lekarski, jak mówił w pierwszych dniach listopada prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, nie zgadza się na tryb rozmawiania o sprawach lekarzy bez lekarzy – izba skierowała wniosek do MZ o dopuszczenie przedstawicieli samorządu do obrad zespołu, w którym zasiadają, oprócz rządu, związki zawodowe i organizacje pracodawców.
– Sytuacja w ochronie zdrowia jest bardzo trudna, a kryzys, z którym mamy do czynienia, jest już kryzysem permanentnym. Ministerstwo Zdrowia konsekwentnie nie spotyka się ze środowiskiem lekarskim, nie konsultuje z nami swoich pomysłów. O lekarzach rozmawia się dziś bez lekarzy – mówił szef lekarskiego samorządu. – Zaproszenia do konsultacji publicznych projektów ustaw, które miałyby ograniczyć, limitować pracę lekarzy, nigdy nie trafiły do NIL – podkreślał Jankowski, wyrażając powszechną w środowisku opinię, że strategia pomijania lekarzy w rozmowach dotyczących ich bezpośrednio ma jasno określony cel: obarczenie środowiska odpowiedzialnością za złą i pogarszającą się sytuację w systemie. Jak mówił, strategia zrzucania odpowiedzialności na lekarzy ma długą historię, bo politycy różnych opcji sięgali po argument „pokaż, lekarzu, co masz w garażu” już wielokrotnie.
Ewentualne ograniczenia dotyczące zarobków mają uderzyć w lekarzy (i przynieść oszczędności systemowi i budżetowi NFZ), ale ich realne konsekwencje odczują najbardziej pacjenci. Oszczędności dla systemu, owszem, będą: im mniej procedur wykonają szpitale, tym mniej zapłaci za nie Narodowy Fundusz Zdrowia. Ale im mniej procedur wykonają szpitale, tym bardziej wydłużą się kolejki do świadczeń. Aż trudno uwierzyć, że przed wyborami 2023 r. Koalicja Obywatelska obiecywała zniesienie limitów w lecznictwie szpitalnym (jeden z konkretów), a politycy tej partii przekonywali, że szpitale mają o 30–40 proc. większe moce, które pozostają niewykorzystane… Inną sprawą jest, że ta obietnica i te szacunki nie miały podstaw (systemowych, ekonomicznych, żadnych). Teraz resort zdrowia chce iść w przeciwnym kierunku: zastopować moce szpitali, nakładając ograniczenia w zatrudnianiu lekarzy do wykonywania procedur. – Jak ograniczenie czasu pracy i możliwości zatrudnienia tylko do pół etatu w normalnym czasie pracy wpłyną na przykład na Lotnicze Pogotowie Ratunkowe? Jakie skutki będzie mieć zakaz kontraktów opartych na procencie od procedury? Jak wpłynie to na kolejki do zabiegów chirurgicznych? – pytał (retorycznie) Łukasz Jankowski.
Pozostaje jeszcze kwestia zasadnicza. Jest prawdą, że w Polsce obowiązuje tzw. ustawa kominowa – uchwalona wiele lat temu, prowadząca do absurdalnych sytuacji (wynagrodzenia najwyższych urzędników państwowych na poziomie niewspółmiernie niskim do zakresu odpowiedzialności) – dotyczy ona konkretnych stanowisk. Również np. stanowisk dyrektorów publicznych szpitali. – Skoro dyrektorów szpitali obowiązują ograniczenia, dlaczego nie lekarzy? – sugerują politycy i część ekspertów (w tym – dyrektorów szpitali).
W tym duchu głos zabrał również w listopadzie minister finansów Andrzej Domański, podkreślając, że dodatkowe pieniądze dla zdrowia nie rozwiążą problemu, jeśli nie będzie zmian systemowych, a jednym z obszarów wymagających takich decyzji są wynagrodzenia lekarzy, które na niektórych stanowiskach sięgają 90–100 tys. zł z pieniędzy podatników. Dobra wiadomość dla ministra finansów: wynagrodzenia lekarzy powiązane ze stanowiskami (np. ordynator oddziału, szef kliniki) to ułamek tych kwot. Całkiem zła: specjalizacja lekarska – umożliwiająca wykonywanie określonych procedur, które są finansowane z pieniędzy publicznych – to nie stanowisko. To umiejętności. W przypadku niektórych procedur – unikalne.
Okręgowa Rada Lekarska w Warszawie zaapelowała o równość zasad i uczciwość w życiu publicznym, sprzeciwiając się pomysłom resortu zdrowia ograniczającym możliwości pracy i wynagrodzeń lekarskich. Samorząd lekarski zwrócił uwagę na przyzwolenie polityków na kumulowanie funkcji i wysokie zarobki w spółkach Skarbu Państwa. Lekarze domagają się, aby zasady te były jednakowe dla wszystkich grup wykonujących funkcje publiczne. Samorząd lekarski proponuje, aby analogicznie do planowanych przez resort zdrowia limitów dla lekarzy ograniczyć wysokość wynagrodzeń członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa do 39 tys. zł brutto miesięcznie, a w wyjątkowych przypadkach do 49 tys. zł. Postuluje także zakaz zasiadania w więcej niż jednej radzie nadzorczej.