Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

wywiad z prof. Feleszką o medykach na instagramie

fot. kaboompics.com / pexels

Prof. Wojciech Feleszko o medycynie w wersji Insta

Autor: Aleksandra Sokalska

W social mediach można spotkać wiele fake newsów medycznych, z którymi trudno walczyć. Co nie znaczy, że medycyna w zderzeniu z nimi jest bez szans. Jednym ze sposobów na walkę są konta lekarzy, którzy postawili na edukację zdrowotną w sieci. O swoim profilu na Instagramie dr_feleszko opowiada prof. dr hab. Wojciech Feleszko z Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kiedy i dlaczego postanowił pan założyć konto na Instagramie i promować medyczne informacje? Czy to rodzaj misji?

Misja to chyba zbyt pompatyczne określenie. Moja przygoda zaczęła się w czasie COVID-19, kiedy to często udzielałem się w mediach na temat zakażeń i pandemii. Wtedy narodziło się we mnie przekonanie, że ludzie potrzebują wsparcia w podejmowaniu decyzji dotyczących ich zdrowia i zdrowia ich dzieci.

Pamiętam, kiedy Katarzyna Bosacka przyszła do mnie na początku pandemii, by nagrać na temat zakażenia krótką relację na Facebooka. Do wieczora relacja miała 0,5 mln wyświetleń, następnego dnia było ich już 2 mln. Wówczas zdałem sobie sprawę, jakim potężnym narzędziem informacyjnym są media społecznościowe w rękach lekarza publicysty. I jak ważna jest obecność w mediach społecznościowych. Poza tym już od kilku lat przed pandemią spotykałem się z głosami rodziców moich pacjentów, którzy twierdzili, że powinienem swoją wiedzę przekazywać szerzej, mówili często: gdyby był pan na Instagramie… Więc w końcu postanowiłem założyć konto, bo moi pacjenci tam są i rodzice szukają odpowiedzi w telefonie. Lepiej zatem, żeby znaleźli w nim fachowca niż sprzedawcę suplementów.

prof. dr hab. n. med. Wojciech Feleszko

prof. dr hab. n. med. Wojciech Feleszko / fot. Piotr Ratajski

Czy spotyka się pan z komentarzami pod swoimi postami, które podważają wiedzę medyczną?

Oczywiście! Wystarczy słowo „szczepionka” i komentarze pojawiają się szybciej niż gorączka po trzydniówce.

Odpowiada pan na nie?

To zależy. Jeśli komentarz wyraża wątpliwości albo zawiera konkretne pytania, rzetelnie na niego odpowiadam. Ale jeżeli to złośliwy komentarz albo wpis tzw. zawodowego negacjonisty, po prostu go nie komentuję. Podobnie reaguję na hejt pod moim adresem, który niestety też się zdarza – milczę. Przez te lata wytworzyła mi się naprawdę gruba skóra.

A z jakimi medycznymi mitami spotyka się pan najczęściej?

Dotyczącymi suplementów. Jest cała masa ludzi, którzy promując je w social mediach, generują gigantyczne zyski. Reklamują produkty, które nie mają ani rzetelnych badań, ani uzasadnienia: cudowne oleje, wcierki, mieszanki „na odporność”, a nawet… suplementy dla koni polecane ludziom. Nie znaczy to, że każdy preparat bez recepty jest bezwartościowy – niektóre probiotyki mają dobrze udokumentowane działanie, ale tylko konkretne szczepy w konkretnych wskazaniach. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś obiecuje, że na tarczycę pomoże jeden preparat sprzedawany przez celebrytkę, której nazwiska nawet nie trzeba wymieniać.

Pamiętam też mit, że dzieci chorują, bo rodzice się kłócą. Zresztą tych medycznych fake newsów jest całe mnóstwo, wystarczy tylko zacząć przewijać ekran. Bardzo często mają wspólny mianownik – chęć zysku.

Jak na nie reagować? Lepiej je obalać czy też jednak istnieje ryzyko, że samo powtarzanie takich mitów zwiększy ich wiarygodność?

Ryzyko istnieje, ale moim zdaniem jest przeceniane. Zjawisko umacniania wiary w mit poprzez jego prostowanie jest rzadsze, niż kiedyś sądzono. Dlatego uważam, że rzetelny ekspert powinien prostować nieprawdę – najlepiej tak, żeby w pamięci odbiorcy zostały fakty, a nie sam mit.

Rozumiem, że pan też to robi?

Tak, oczywiście. Staram się obalać różne mity, w stylu: na owsiki – czosnek w odbycie, na wzmocnienie – suplementy dla koni. Nie robię jednak tego ex cathedra, tylko staram się, by mój przekaz był atrakcyjny. Trochę na zasadzie infotain-
ment
, żeby odbiorcy chcieli moje wyjaśnienia i sprostowania obejrzeć.

A czy w swojej pracy zawodowej spotyka pan pacjentów, którzy wierzą w takie fake newsy medyczne?

Raczej rzadko, najczęściej w związku ze szczepieniami. To jest obszar, w którym te kontrowersje najbardziej się nasiliły.

I jak wówczas pan z nimi rozmawia?

To zależy od postawy rodzica. Bo jest ich całe spektrum: od rodziców zdecydowanie przeciwnych szczepieniom po takich, którzy są przestraszeni, bo coś gdzieś przeczytali, ktoś im coś powiedział. Boją się, że szczepionka wywoła u dziecka autyzm albo poważne powikłania. W sumie to nie dziwi – w internecie od lat krąży mnóstwo takich treści, choć związek szczepień z autyzmem był wielokrotnie badany na setkach tysięcy dzieci i nie został potwierdzony. Wiemy też z analiz naukowych, że część tej dezinformacji jest celowo wzmacniana, m.in. przez zorganizowane sieci kont, którym zależy na polaryzowaniu opinii publicznej. Wielu ludzi w nią wierzy, bo brzmi wiarygodnie i budzi emocje.

Nie jestem natomiast zwolennikiem ironizowania czy wrogości wobec rodziców, którzy mają wątpliwości. Dlatego zawsze staram się rozmawiać z szacunkiem. Przedstawiam dane, ale mówię też, że moje własne dzieci są zaszczepione. I to daje efekt. Znam sporo historii, w których rodzic, początkowo nieufny wobec szczepień, po rozmowie decydował się zaszczepić dziecko. Czasem zaczynamy od jednej szczepionki, a kolejne uzupełniamy w najbliższych tygodniach. To nie jest rozwiązanie idealne, bo każde opóźnienie oznacza czas, w którym dziecko pozostaje bez ochrony, ale jest zdecydowanie lepsze niż rezygnacja ze szczepień. Dzięki rozmowie często udaje się te wątpliwości rozwiać. I to jest sukces.

Podczas konferencji zorganizowanej przez naszą izbę „ZERO tolerancji dla dezinformacji w medycynie!” bardzo mocno wybrzmiewała teza, że fałszywa informacja medyczna rozprzestrzenia się w internecie szybciej niż rzetelna wiedza. Co pana zdaniem jest tego powodem?

Właśnie to, że fake newsy budzą emocje. Posty są też świetnie przygotowane – zaskakują, straszą, oburzają.

A czy powodem nie jest także fakt, że często obiecują coś, czego lekarz po prostu nie jest w stanie zagwarantować?

Tak, poza tym prawda bywa niejednoznaczna. Zdarza się, że lekarz może powiedzieć tylko: to zależy, dane są uspokajające albo potrzebne są dalsze badania. A czasami po prostu musi powiedzieć, że nie wie.

Natomiast samozwańczy eksperci mają bardzo proste, gotowe rozwiązania. Wystarczy wziąć preparat, a objawy miną i zdrowie wróci. Poza tym oni nie muszą niczego sprawdzać. U mnie każdy post i każda rolka są sprawdzane dwukrotnie: najpierw przez osobę, która pomaga mi w prowadzeniu konta, a potem jeszcze raz przeze mnie. Opieram się na wytycznych towarzystw naukowych, przeglądach systematycznych i badaniach randomizowanych. A jeśli w jakiejś sprawie dobrych danych brakuje, mówię o tym wprost.

To pokazuje, że lekarz w dzisiejszych czasach ma trudne zadanie – nie tylko musi leczyć, ale też – jak nigdy wcześniej – stać na straży wiedzy. W czym upatruje pan szansy na powrót ludzi do zaufania nauce?

Po pierwsze, potrzebne są dobre programy szkolne, które uczą, jak działa nauka i jak odróżniać rzetelne źródła od niesprawdzonych – choć na ich efekty trzeba będzie oczywiście poczekać. Po drugie, odbudowa zaufania społecznego, które w Polsce jest stosunkowo niskie. Przez ostatnie pół roku pracowałem w Stanach Zjednoczonych, w środowisku akademickim, i ujęło mnie, jak poważnie traktuje się tam naukowców: jako tych, dzięki którym mamy szansę na zdrowsze i lepsze życie. Choć jednocześnie widzę, że także tam zaufanie do nauki jest dziś wystawione na próbę. Chciałbym, żeby w Polsce nauka cieszyła się podobnym prestiżem.

Nagonka medialna na lekarzy dotycząca nadużyć i zarobków estymie lekarskiej także nie sprzyja.

Nadużycia, jeśli zostaną potwierdzone, trzeba jednoznacznie potępić. Bardzo szkodzą zaufaniu do całego środowiska lekarskiego, a przecież zdecydowana większość lekarzy pracuje uczciwie. Chociaż takie historie mogą przysłużyć się refleksji nad finansowaniem medycyny.

Jednocześnie uważam, że problemem systemowym jest wycena świadczeń medycznych, która mocno różnicuje poszczególne dziedziny: w jednych możliwe są bardzo wysokie kontrakty, inne – jak w przypadku wielu oddziałów pediatrycznych – latami walczą o przetrwanie. Rozumiem, że świadczenia różnią się ryzykiem i nakładem pracy, ale na końcu każdego z nich jest pacjent, którego zdrowie i życie są tak samo ważne.

Ma pan duże konto na Instagramie. Czego nauczyło pana jego prowadzenie, a czego nie da się nauczyć z podręczników komunikacji medycznej?

Po pierwsze, zasady trzech sekund – każda wiedza przegra, jeżeli nie zaciekawimy odbiorcy w ciągu tak krótkiego czasu. Szczerze mówiąc, dla kogoś, kto jest przyzwyczajony do 45-minutowego wykładu czy seminarium, to wcale nie jest oczywiste. Sam musiałem się tego nauczyć.

Po drugie, prowadzenie konta uświadomiło mi, że rodzice pytają o rzeczy, których w podręcznikach pediatrii nie ma. A to o torebkę śniadaniową, a to o filtry przeciwsłoneczne, a to o to, ile dziecko powinno spać.

Po trzecie, Instagram nauczył mnie, że jak się już wystawia na widok publiczny, to trzeba być odpornym na krytykę, bo hejt na pewno się pojawi. Czasem ktoś np. twierdzi, że pracuję dla Big Pharmy. Nie przejmuję się, tylko robię swoje.

I ostatnia bardzo ważna rzecz – prowadzenie konta pokazało mi, że autentyczność jest w cenie. Nie muszę mieć idealnie ułożonych włosów ani występować w garniturze. Ale zawsze staram się być autentyczny.

Kręcenia rolek uczył się pan sam?

Formy uczyłem się sam, metodą prób i błędów. Ale przyznam, że nie robię tego w pojedynkę – w prowadzeniu konta i realizacji rolek pomaga mi pani redaktor, czyli jak to się teraz nazywa: „social media editor”. Na Instagram zaglądam raczej z doskoku, nie nałogowo, i nie lubię oglądać własnych rolek. Trzeba też być na bieżąco, bo zmieniają się zwyczaje odbiorców: kiedyś rolka mogła trwać 1,5 min i ludzie ją oglądali, dziś najlepiej sprawdzają się materiały ok. 30-sekundowe. Zmieszczenie rzetelnej wiedzy w tak krótkim odcinku, i to w atrakcyjnej formie, nie jest łatwe. Na razie chyba się udaje.

Sporo trzeba się napracować, więc jednak to chyba misja? Przecież nie musi pan tego robić.

Nie muszę, ale mam z tego frajdę. Robię to też z powodów naukowych. Co jakiś czas na Instagram wrzucam np. ankietę badawczą lub rekrutuję do badania. Poza tym mój profil obserwuje wielu studentów i młodych lekarzy, także z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, więc dla nich to dodatkowe, pozapodręcznikowe źródło wiedzy, a dla mnie duża satysfakcja.

To jakie rady miałby pan dla młodego lekarza, który postanowił prowadzić swoje konto, by edukować ludzi?

Żeby był profesjonalny i trzymał się tematu. Jeśli zakłada się konto edukacyjne, to śniadanie czy zdjęcia z urlopu raczej nie są tym, po co przychodzą obserwujący. Widzę u niektórych medycznych influencerów pokusę, by pokazywać coraz więcej z życia prywatnego. Każdy decyduje sam, ale moim zdaniem łatwo wtedy zejść z drogi edukacji na ścieżkę celebryctwa.

Może to po prostu współprace reklamowe?

Nie wiem, nie wnikam w to. Mam jednak głębokie przekonanie, że Kodeks Etyki Lekarskiej obowiązuje nas wszystkich, także w internecie. Wiąże się to często z rezygnacją ze sporych dochodów, ale moim zdaniem lekarz, który edukuje, nie powinien jednocześnie reklamować produktów. Bo wtedy odbiorca nie wie, czy słyszy poradę, czy reklamę.

Ma pan jakichś ulubionych medycznych influencerów?

Tak, obserwuję wielu pediatrów, właściwie wszystkie największe konta pediatryczne. Podziwiam np. Monikę Działowską, która prowadzi konto Pediatra na Zdrowie, za umiejętność bliskiego, ciepłego kontaktu z obserwującymi. Poza tym: Insta Pediatra, Doktorek Radzi, konto urologa prof. Radziszewskiego i wiele innych. Mam natomiast dystans do kont, w których na pierwszy plan wysuwa się osoba autora, a nie wiedza. Takich nie oglądam.

Są jeszcze konta wyłącznie sugerujące, że prowadzą je lekarze. Tymczasem to samozwańczy specjaliści.

Tak, i to jest realny problem. Myślę, że przydałyby się jasne zasady – np. żeby platformy weryfikowały i wyraźnie oznaczały konta, których autorzy podają się za lekarzy czy specjalistów, a przepisy o reklamie suplementów udającej poradę medyczną były skutecznie egzekwowane. Odbiorca powinien od razu wiedzieć, czy mówi do niego lekarz z prawem wykonywania zawodu, czy sprzedawca.

Czyli potrzebne są lepsze prawo i wolność w granicach rozsądku.

Myślę, że tak. Cały czas mam w pamięci telewizyjne debaty, na które zapraszano mnie i przedstawicieli ruchów anty-
szczepionkowych. Kończyły się niemal przekrzykiwaniem, a widz dostawał sygnał, że to dwie równorzędne opinie. Tymczasem w sprawach, w których nauka ma jasne dane, stawianie eksperta i osoby powtarzającej mity na jednej szali wprowadza w błąd. Nie jestem za karaniem rodziców, którzy mają wątpliwości wobec szczepień – z nimi trzeba rozmawiać. Ale ci, którzy świadomie i dla zysku wprowadzają ludzi w błąd w sprawach zdrowia, powinni ponosić konsekwencje, choćby na gruncie istniejących przepisów o reklamie i ochronie konsumentów.

Aleksandra Sokalska

Autor: Aleksandra Sokalska

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.