Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. licencja OIL w Warszawie
Autor: Aleksandra Sokalska
Powinniśmy być gotowi do ewentualnego konfliktu zbrojnego – taki jest oficjalny przekaz polskich władz. Jak zatem na działanie w sytuacjach ekstremalnych jest przygotowany kluczowy, w kontekście bezpieczeństwa, system ochrony zdrowia, pytam specjalistę w dziedzinie zdrowia publicznego prof. dr. hab. n. med. i n. o zdr. Roberta Gałązkowskiego.
Pandemia i ostatnia powódź pokazały, że w wielu sytuacjach w ramach systemu ochrony zdrowia dopiero na bieżąco wypracowywano sposoby działania. Nauczyliśmy się czegoś z tej lekcji? Czyli czy polski system ochrony zdrowia ma już odpowiednie procedury działania wdrażane w ekstremalnych sytuacjach, takich jak klęska żywiołowa, epidemia czy wojna?
Przywołane przez panią sytuacje z jednej strony pokazały, że mamy potencjał: ludzki (w postaci specjalistów), sprzętowy, technologiczny oraz mobilizacyjny, czyli potrafimy reaktywnie, na szybko rozwiązywać pojawiające się problemy. Z drugiej unaoczniły, że od lat mamy jako państwo ogromny problem z wyciąganiem wniosków. Pomimo wielu świetnych, wymyślonych na daną chwilę rozwiązań, które okazały się strzałem w dziesiątkę, nie potrafimy ich przełożyć na praktyczny wymiar strategii systemowych, zarówno tych proceduralnych, profilaktycznych, jak też prewencyjnych, mających na celu minimalizację zdefiniowanych podczas kryzysu zagrożeń. Niestety, muszę stwierdzić, że w dalszym ciągu mamy do czynienia z silosowością poszczególnych służb na poziomie zarządzania, koordynacji i budowania wspólnych asymilacyjnych rozwiązań.
prof. dr. hab. n. med. i n. o zdr. Robert Gałązkowski / fot. archiwum prywatne
Co zatem powinno się w tym obszarze zrobić?
W obliczu dzisiejszych zagrożeń, które nabrały wymiaru rzeczywistego, tzn. nie stanowią ryzyka li tylko mało prawdopodobnego, ale bardzo prawdopodobnego, uważam, że bezwzględnie istnieje potrzeba zorganizowania się służb w celu wypracowania rozwiązań, które będą odpowiedzią na zagrożenia. Zatem trzeba działać zgodnie ze schematem: zdefiniowanie zagrożeń, przypisanie do nich jednostek posiadających przygotowanie do ich neutralizacji i zaopatrywania, następnie określenie ram i procedur postępowania i współpracy na poziomie samego zdarzenia, a na koniec stworzenie interdyscyplinarnego zespołu, agendy złożonej ze specjalistów posiadających plenipotencje do monitorowania i koordynowania na poziomie taktycznym i strategicznym zdarzeń wykraczających poza możliwości standardowych procedur. Posłużę się przykładem niedoszłej katastrofy pociągu, gdzie zaistniało realne ryzyko naprawdę wielu poszkodowanych. To sytuacja, która generuje potężne zapotrzebowanie sił i środków na poziomie działań nie tylko przedszpitalnych, ale także szpitalnych. Uważam, że zdarzenia o takim charakterze i takiej skali muszą być koordynowane centralnie przez zespół specjalistów posiadających wiedzę i umiejętność podejmowania decyzji o charakterze adaptacyjnym, czyli dostosowującym zasoby do aktualnej sytuacji, zagrożenia, dynamiki i charakteru.
Czy w sytuacjach ekstremalnych, w których wielu rzeczy nie da się przewidzieć, stosowanie procedur jest naprawdę skuteczne?
Procedura to pewien zbiór rekomendacji, zaleceń i wskazówek, zazwyczaj wkomponowanych w określony proces, które mają określić ścieżkę działania minimalizującą wystąpienie błędu lub działania niepożądanego. Jednak należy podkreślić, że nie ma procedury, która będzie miała wymiar uniwersalny, tzn. wykonujący ją musi mieć świadomość, że zawsze mogą wystąpić okoliczności, które wymuszą inne działania. To oznacza, że skuteczność określonej procedury jest na tyle wysoka, na ile została ona wielokrotnie przećwiczona.
Jakie aspekty bezpieczeństwa medycznego są najbardziej istotne?
Dzisiaj najistotniejszym aspektem jest zdefiniowanie przez instytucje i agendy, czego oczekuje się od poszczególnych jednostek systemu ochrony zdrowia. Trzeba zbudować model, który wprost określi strukturę i wskaże, jaką rolę każdy element ma do odegrania. Ważnym aspektem, który jest nieodzowny we wszystkich modelach bezpieczeństwa, jest komunikacja, zarówno w kontekście organizacyjnym (czyli pionowa, pozioma, międzyinstytucjonalna), jak i technicznym (czyli system jednolitej, bezpiecznej łączności telefonicznej, teleinformatycznej i radiotelefonicznej). Bez ujednoliconego, wypracowanego schematu komunikacyjnego żaden system nie przetrwa kryzysu. Jeśli powyższe działania udałoby się zrealizować, wówczas przyjdzie pora na ćwiczenia fot. licencja OIL w Warszawie i jeszcze raz ćwiczenia, których celem jest doskonalenie umiejętności i podnoszenie świadomości wśród personelu.
Uważam, że przy pełnej determinacji, jednoznacznych decyzjach i mądrym specjalistycznym zespole można w rok osiągnąć wiele rzeczy, o których mówię. Nasuwa się tylko pytanie, ile pozostało nam czasu, bo już sporo go straciliśmy. Mam więc wielkie obawy, że skończy się tak jak zawsze, czyli będziemy musieli na bieżąco adaptować się do sytuacji bezpośredniego zagrożenia.
Skoro grozi nam brak czasu, to co w pierwszej kolejności należałoby poprawić?
Natychmiast trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jak system powinien funkcjonować w sytuacji kryzysu o charakterze ponadlokalnym, ponadwojewódzkim, krajowym. Następnie należy określić, czy organizacja, zasoby oraz procedury są adekwatne i optymalne. Jeśli nie, podjąć działania, aby taki status osiągnąć. Dziś kierujący podmiotami leczniczymi, a także personel tam pracujący chyba do końca nie zdają sobie sprawy z sytuacji. A to jest najgorsze, jeśli najważniejszy potencjał, jakim jest zasób ludzki, nie jest przygotowany mentalnie, proceduralnie i narzędziowo do działania w warunkach być może długotrwałego permanentnego kryzysu.
Nie czerpiemy z doświadczenia Ukraińców?
Czerpiemy, ale zdecydowanie za mało. Bo niestety nie ma skoordynowanych działań planistyczno-organizacyjnych.
Nie mamy procedur, to choć może szpitale mają wystarczające zapasy leków, krwi i sprzętu medycznego na wypadek wojny?
Nie wiem. Można postawić sobie inne pytanie: czy funkcjonują w tym wymiarze regulacje definiujące, na jaki okres szpital powinien gromadzić takie rezerwy. A także, czy dany szpital ma możliwości techniczne i finansowe do ich posiadania.
Wiem, że niektóre jednostki same podjęły decyzje o zwiększeniu rezerw zapewniających funkcjonowanie przez miesiąc. Problem jest jednak bardziej złożony. W pierwszej kolejności należałoby zdefiniować, na jaką skalę w określonej sytuacji może zostać zaburzony łańcuch dostaw oraz ile czasu będzie potrzeba do jego odtworzenia. Dopiero na tej podstawie powinny powstawać rekomendacje do budowania rezerw na poziomie podmiotu leczniczego, a może także na poziomie innych jednostek odpowiedzialnych w państwie za rezerwy.
To inne pytanie: czy infrastruktura medyczna – szpitale, SOR, pogotowie – jest odpowiednio zabezpieczona przed atakami i awariami?
Dobrze wiemy, że infrastruktura podmiotów leczniczych prawie w całości nie jest dostosowana do tego typu zagrożeń. Istnieje zatem pilna konieczność opracowania planów, co zrobić na wypadek bezpośredniego niebezpieczeństwa, a także przygotowania projektu dostosowującego infrastrukturę do takich sytuacji.
Można też zadać sobie dość retoryczne pytanie: czy każdy szpital lub inny podmiot leczniczy w ostatnim czasie przećwiczył w sposób niezapowiedziany plan ewakuacji jednostki, który jest zobligowany realizować…?
Nie ma pełnych procedur, kuleje infrastruktura… Ile zatem będzie kosztować nas zabezpieczenie ochrony zdrowia na czas wojny i czy w ogóle będą na to pieniądze?
Skoro nie mamy zdefiniowanego modelu działania, a co za tym idzie, nie mamy zdefiniowanych potrzeb, trudno skalkulować koszty. To może choć polska kadra medyczna jest przygotowana do działania w sytuacjach ekstremalnych, np. podczas konfliktu zbrojnego? Nie jest przygotowana. Nie jest przygotowana na działanie w warunkach trudnych lub ekstremalnych, w warunkach pośredniego lub bezpośredniego zagrożenia, a także udzielania świadczeń zdrowotnych w warunkach prowizorycznych. Brakuje przygotowania personelu medycznego do postępowania z pacjentami, którzy doznali urazów, obrażeń charakterystycznych dla konfliktu wojennego czy też ataku terrorystycznego.
Zatem cała kadra medyczna powinna przejść szkolenia przygotowujące do wojny? Czy tylko chętni? A może jakieś konkretne grupy, np. ratownicy medyczni?
Cały personel medyczny powinien przejść szkolenia podstawowe, a szkolenia zaawansowane powinien przejść wyselekcjonowany personel szpitalny. Ważnym ogniwem jest również personel Państwowego Ratownictwa Medycznego, który wymaga szkoleń specjalistycznych. Natomiast istotnym krokiem, który musimy zrealizować bardzo szybko, jest wprowadzenie do programów kształcenia na uczelniach z kierunkami medycznymi przedmiotu „medycyna taktyczna”, który w perspektywie następnych lat sukcesywnie będzie przygotowywał przyszły personel medyczny do działań w sytuacjach nadzwyczajnych.
Jest dużo do zrobienia, i to na wielu płaszczyznach. Kto zatem powinien odpowiadać za całokształt działań zwiększających bezpieczeństwo medyczne?
Stała, nadzorowana przez premiera agenda złożona z przedstawicieli MZ, MON, KPRM, MSWiA i specjalistów. Tylko wtedy możemy się dobrze przygotować na poziomie całego kraju do coraz bardziej prawdopodobnych zagrożeń i sytuacji ekstremalnych.