Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. Mikhail Nilov / Pexels
Autor: Karolina Stępniewska
Dezinformacja medyczna coraz częściej mówi językiem nauki, korzysta z autorytetu lekarzy i wykorzystuje sztuczną inteligencję. Z Katarzyną Lipką, analityczką z Zespołu Analizy Trendów Narracyjnych i Fact-checkingu w Ośrodku Analizy Dezinformacji NASK, rozmawiam o tym, jak rozpoznać manipulację, dlaczego AI daje szarlatanom nowe możliwości i co możemy zrobić, gdy trafimy na szkodliwe treści w sieci.
Katarzyna Lipka, NASK / fot. Łukasz Langda
Jakie tematy są najczęściej eksploatowane w szerzeniu dezinformacji zdrowotnej?
Gdy analizowaliśmy dezinformację zdrowotną w polskiej infosferze za 2025 r., zauważalne były wyraźnie dwa nurty narracyjne. Pierwszy obejmował narracje pojawiające się cyklicznie od dłuższego czasu, modyfikowane w odpowiedzi na bieżące wydarzenia. Treści te były często inspirowane anglojęzycznymi źródłami i dotyczyły najczęściej szczepionek lub alternatywnych terapii. Widzimy w nich duży wpływ administracji amerykańskiej, przede wszystkim działalności sekretarza Departamentu Zdrowia Roberta Kennedy’ego. Przykładowo szerokim echem odbiła się konferencja w Białym Domu, w trakcie której zasugerowano wpływ stosowania paracetamolu w ciąży na rozwój autyzmu u przyszłego dziecka czy zmiana stanowiska CDC dotycząca związku szczepień z autyzmem.
Drugi nurt miał bardziej lokalny charakter i opierał się na reakcjach na bieżące wydarzenia w kraju. Tego rodzaju treści zwykle generują większe zasięgi, a jednocześnie mogą silniej oddziaływać na przebieg debaty publicznej i proces podejmowania decyzji politycznych. W zeszłym roku najczęściej podnoszonym tematem była edukacja zdrowotna. W ostatnich miesiącach dominowały treści dotyczące projektu zmieniającego ustawę o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, potocznie zwanego Lex Szarlatan. Jednak w związku z rozpoczęciem roku szkolnego temat edukacji zdrowotnej powraca. Podobnie jest ze szczepieniami przeciw HPV. W tym przypadku na popularność narracji wpływ ma ogłoszenie planów wprowadzenia szczepienia do kalendarza szczepień obowiązkowych. Temat szczepień przeciw HPV jest szczególnie angażujący, ponieważ dotyczy kwestii związanych ze zdrowiem dzieci oraz ich przyszłym zdrowiem seksualnym, co może budzić u odbiorców silne i zróżnicowane emocje. Pojawienie się tego zagadnienia w kontekście dzieci sprawia, że dyskusja może przyciągać uwagę różnych środowisk i grup o odmiennych poglądach – zarówno osób sceptycznie podchodzących do szczepień, jak i środowisk o bardziej konserwatywnym podejściu do zdrowia i seksualności.
Raport NASK „Dezinformacja zdrowotna w 2025 r. w polskiej infosferze” wyraźnie pokazuje, że poprzez szerzenie nieprawdziwych treści zdrowie staje się elementem sporów politycznych i ideologicznych. Co w tym kontekście jest pani zdaniem najbardziej niepokojące?
Myślę, że zaangażowanie polityczne i wpływ działań dezinformacyjnych na realne rozstrzygnięcia decydentów. Konstruktywna krytyka jest jak najbardziej wskazana przy wprowadzaniu nowych praw i regulacji, wszak istotne jest, by uwzględnić wszystkie aspekty, na które mogą wpływać wprowadzane zmiany. Ważne jest jednak, by tak istotne decyzje były podejmowane na podstawie faktów.
Niestety, w przypadku Lex Szarlatan mieliśmy do czynienia z fałszywymi narracjami, które miały realne przełożenie na podjęte decyzje. Tu gra toczy się o zdrowie pacjentów, osób chorych przewlekle, które pod wpływem fałszywych ekspertów mogą rezygnować z leczenia ratującego życie lub podejmować się tzw. alternatywnych terapii, które mogą ich to życie kosztować.
Wspomniała pani o edukacji zdrowotnej. Dlaczego ten temat stał się tak silnym narzędziem politycznej polaryzacji?
W przekazach dezinformacyjnych edukacja zdrowotna bywa bardzo redukowana i przedstawiana przede wszystkim przez pryzmat zagadnień związanych ze zdrowiem seksualnym. Podobnie jak w przypadku szczepień przeciw HPV pojawia się tu temat dzieci i ich dobrostanu, co pozwala odwołać się do skrajnych emocji. Przedmiot był przedstawiany jako stwarzający zagrożenie dla dzieci, a także uderzający w wolności obywatelskie. Podnoszono prawo rodziców do wychowania potomstwa w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Przekaz konstruowano w sposób bardzo emocjonalny – odbiorców nawoływano do ochrony dzieci. W kolportowanych materiałach rodziców straszono negatywnym wpływem zajęć na zdrowie psychiczne i fizyczne dzieci. Cały program był przedstawiany jako zideologizowany, przemycający propagandę gender/LGBTQ+, seksualizujący i demoralizujący młodzież. W niektórych narracjach pojawiały się również jeszcze dalej idące obawy dotyczące możliwego wpływu programu na narażenie dzieci na kontakty o charakterze pedofilnym. Stąd w działaniach wymierzonych przeciwko edukacji zdrowotnej konsolidowały się wysiłki zarówno środowisk antyszczepionkowych, pseudomedycznych, konserwatywnych i antysystemowych. Istotnym elementem tych przekazów było zachęcanie odbiorców do podejmowania konkretnych działań (Call To Action), zarówno w przestrzeni publicznej, np. do udziału w protestach, jak i na poziomie indywidualnym, np. poprzez rezygnację z udziału dziecka w zajęciach. Duże zainteresowanie tematem oraz możliwość mobilizowania odbiorców do działań poza przestrzenią internetową zwracały również uwagę polityków. Kontrowersyjny i emocjonalny charakter dyskusji sprawiał, że temat mógł być wykorzystywany jako stosunkowo prosty i wyrazisty element debaty publicznej oraz łatwy sposób na zdobycie zasięgów.
Dezinformacja coraz rzadziej wygląda jak oczywisty fake news, a coraz częściej przypomina informację ekspercką, bo wykorzystuje język nauki i odwołuje się do badań. Czy AI otwiera furtkę oszustom? Żeruje na naiwności odbiorcy?
Niestety, dynamiczny rozwój narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję sprzyja tworzeniu treści dezinformacyjnych, które mogą być generowane prościej, taniej i szybciej, w sposób wzmacniający ich wiarygodność. Mamy obecnie do czynienia z zalewem scamowych reklam, m.in. w serwisach Mety. Filmy wykorzystujące wizerunki znanych aktorów, dziennikarzy i lekarzy mają nas przekonać o spisku toczącym świat medycyny i potrzebie samodzielnego leczenia za pomocą cudownego suplementu, często o bardzo szerokim spektrum działania. Większość tych
reklam porusza problem chorób typowych dla starszych pacjentów, jak problemy ze wzrokiem, stawami czy układem krążenia. Ich autorzy liczą na to, że seniorzy nie zorientują się, iż nie mają do czynienia z prawdziwą wypowiedzią lekarza, tylko z syntetycznym materiałem. Część reklam wykorzystuje też wątek przypadłości, które mogą być dla pacjentów wstydliwe: problemy z oddawaniem moczu, grzybicą czy erekcją. W takich przypadkach odbiorcy mogą być bardziej skłonni do podjęcia leczenia na własną rękę niż skorzystania z wizyty w gabinecie. Obserwujemy również konta w całości posługujące się awatarami. Przykładowo kanały w serwisie YouTube nieistniejących w rzeczywistości lekarzy, którzy w realistycznych filmach udzielają porad zdrowotnych. Charakter tych porad wskazuje, że ich docelowym odbiorcą mają być przede wszystkim seniorzy.
Nie brakuje też fałszywych „ekspertów”, którzy budują autorytet poprzez tytuły, doświadczenie zawodowe czy rzekomą znajomość medycyny, ale nie mają odpowiednich kompetencji. Jakie sygnały powinny wzbudzić czujność?
W sieci funkcjonuje wiele osób, które podszywają się pod ekspertów do spraw zdrowia mimo braku odpowiednich kompetencji. Często są to osoby z wieloletnim doświadczeniem w marketingu i kursem online z naturopatii czy dietetyki. Swoją wiedzę wykorzystują do sprzedaży suplementów, e-booków czy konsultacji. Bywa jednak, że osoby dezinformujące na temat zdrowia mają stopnie naukowe czy nawet wykształcenie medyczne. Naszą czujność powinno jednak wzbudzić określenie „niezależny”, bo może to oznaczać, że medyk jest niezależny od izby lekarskiej w wyniku braku aktywnego Prawa Wykonywania Zawodu Lekarza. Najbardziej uniwersalnym sygnałem alarmowym jest jednak przemycanie w przekazie myślenia spiskowego o rzekomo ukrywanych skutecznych lekach i niekompetentnych lekarzach, którym nie zależy na dobru pacjenta, ale wyłącznie na zysku przemysłu farmaceutycznego. Niestety, coraz częściej spotykamy się z przekazem zniechęcającym pacjentów do korzystania z profesjonalnej opieki medycznej.
Zdarza się też, że prawdziwy lekarz zostaje wykorzystany do uwiarygodnienia fałszywego przekazu – np. przez zdjęcia albo przypisanie mu poglądów, których nie wyrażał. Na czym polega to oszustwo?
Dotyczy to głównie wspomnianych wcześniej reklam w serwisach społecznościowych. Użytkownik przeglądający swój feed może zobaczyć przykładowo setkę serwisu informacyjnego mówiącą o zamachu bombowym lub wypadku znanego lekarza, który dzień wcześniej miał udzielić kontrowersyjnego wywiadu. Następnie widzimy rzekomy wywiad, w którym znany lekarz informuje o spisku, w wyniku którego opracowany przez niego cudowny lek jest ukrywany przed opinią publiczną. Pod koniec jesteśmy zachęcani do przejścia na stronę zewnętrzną, gdzie możemy zostawić swoje dane osobowe wymagane, aby skorzystać z oferty.
Akt o usługach cyfrowych wprowadzony w 2022 r., obowiązujący w pełnym zakresie od 2024 r., zobowiązuje bardzo duże platformy internetowe i wyszukiwarki do większej transparentności. Dzięki temu mamy dostęp m.in. do biblioteki reklam. Możemy próbować tym sposobem odnaleźć ewentualne scamowe reklamy. Nie jest to jednak łatwe zadanie ze względu na sposób działania tych wyszukiwarek – niektóre z nich wymagają np. znajomości nazwy użytkownika udostępniającego reklamę. Jest to problematyczne, gdy chcemy przeprowadzić monitoring w celach prewencyjnych, a nie już po fakcie.
Kolejnym problemem jest tzw. cloaking, czyli metody pozwalające na ukrycie w repozytorium wersji reklamy, którą widzi użytkownik na swojej tablicy. Przykładowo szukając reklamy, która nam się wyświetliła w portalu, w repozytorium na miniaturce zobaczymy wiadro lub wędkę. Po wejściu w szczegóły widzimy, że reklama ta ma wiele wersji i ostatnia z nich przedstawia miniaturkę znanego lekarza, jednak w podglądzie wyświetla nam się znowu wiadro.
Jeśli ktoś z naszych czytelników natknie się na reklamę lub nagranie wykorzystujące w sposób nieuprawniony jego wizerunek albo wizerunek innego lekarza do promowania preparatów czy terapii, prosimy o zgłoszenie tego do NASK poprzez formularz dostępny na stronie zglos-dezinformacje.nask.pl oraz na adres deepfake@nask.pl, jeśli to możliwe z linkiem do reklamy lub wpisu i zrzutem ekranu. Każde takie zgłoszenie zasila nasze systemy detekcji i pomaga szybciej blokować kolejne kampanie.
Ciężar walki z dezinformacją zdrowotną spoczywa właściwie wyłącznie na barkach odbiorcy. Lekarz musi sam wyszukiwać takie treści, sam je zgłaszać, a często nie ma żadnej reakcji ze strony platform społecznościowych. To budzi poczucie bezsilności i frustrację. Czy musi to tak wyglądać?
Jestem głęboko przekonana, że nie powinno tak wyglądać. Gdy przysłuchamy się wypowiedziom osób związanych z gigantami cyfrowymi, wybrzmiewa w nich często odwołanie do indywidualnej odpowiedzialności lub kompetencji użytkowników. Koncernom technologicznym zależy na tym, by ciężar walki z dezinformacją na ich platformach był przeniesiony na odbiorcę i osoby zgłaszające. O ile edukacja medialna i nauka krytycznego myślenia są szalenie istotne w budowaniu odporności obywateli na treści dezinformacyjne, o tyle tak samo ważne jest monitorowanie, dokumentowanie i zgłaszanie istniejących nadużyć. Powinniśmy wspierać jednak również działania regulacyjne, które pozwalają nie tylko lepiej reagować na takie incydenty, ale również im zapobiegać. Niestety, próbom implementacji aktu o usługach cyfrowych do polskiego prawa towarzyszyła fala narracji o cenzurze internetu. Nowe regulacje w przekazach przedstawiane były wręcz jako działania totalitarne. Wykorzystywano nastroje antyunijne, co dobrze obrazuje, w jaki sposób narracje pojawiające się wokół jednego zagadnienia sprzyjają wzmacnianiu pozornie niezwiązanych z nimi przekazów dezinformacyjnych.
Załóżmy, że lekarz trafia na treść, która jego zdaniem jest dezinformacją zdrowotną i może realnie zaszkodzić pacjentom. Co powinien zrobić?
Każdy użytkownik ma prawo zgłosić treść nielegalną lub łamiącą regulamin platformy. Największe platformy udostępniają nam taką opcję zazwyczaj po kliknięciu w trzy kropki/dwie kreski czy przy przytrzymaniu ekranu w przypadku korzystania z aplikacji na smartfonie. Zachęcamy też do przesyłania zgłoszeń do Ośrodka Analizy Dezinformacji NASK poprzez formularz dostępny na stronie zglos-dezinformacje.nask.pl. Krótki opis zgłoszenia i powołanie się na źródło odnoszące się do aktualnego stanu wiedzy w tym zakresie ułatwi naszym analitykom jego weryfikację i zgłoszenie do administracji platformy.
Co konkretnie dzieje się ze zgłoszeniem przesłanym do NASK? Czy można oczekiwać informacji zwrotnej albo podjęcia działań wobec platformy, na której znajduje się dana treść?
Otrzymane zgłoszenia są każdorazowo weryfikowane przez naszych analityków i jeśli zostaną zakwalifikowane jako zasadne, podejmujemy decyzję o zawiadomieniu administracji platformy. Wykorzystujemy do tego udostępnione nam kanały zgłoszeniowe. Przy zgłoszeniu treści nielegalnych analityk musi wskazać zapisy polskiego prawa, pod które podlega dana treść, a w przypadku treści szkodliwych lub dezinformacyjnych powołać się na wewnętrzne regulacje danej platformy. Niestety, nawet jeśli zgłoszenie zostanie przez nas uznane za zasadne, nie możemy zagwarantować, że taka interwencja będzie skuteczna. Ostateczną decyzję dotyczącą moderacji treści podejmuje administracja danego serwisu. W przypadku treści zdrowotnych, jeśli połączone są one z działalnością nielegalną, np. łączą się ze scamem lub wykorzystują czyjś wizerunek, skuteczność egzekwowania moderacji może być wyższa. Osoby, które prześlą poprzez formularz zgłoszenie, jeśli zostanie ono uznane za zasadne, będą informowane o podjętych czynnościach i ostatecznej decyzji administracji platformy. W tym celu należy w formularzu przekazać adres kontaktowy. Zgłoszenia można przesyłać również anonimowo, jednak w tym przypadku nie dostaniemy informacji zwrotnej.
Czy poza zgłaszaniem dezinformacji zdrowotnej możemy zrobić coś jeszcze?
Specjalista ma większe pole manewru niż zwykły użytkownik, bo może merytorycznie odnieść się do fałszywej narracji. Musimy jednak pamiętać o podstawowych zasadach dotyczących mówienia o dezinformacji. Po pierwsze, jeśli treść ma niski zasięg, nasze odniesienie się do tematu może niepotrzebnie zwiększyć zainteresowanie danym przekazem. Po drugie, jeśli decydujemy się poruszyć ten temat w mediach społecznościowych, wykorzystujmy te same mechanizmy, które sprzyjają dezinformacji: prawdziwa informacja musi być pierwszą, która zostanie podana (heurystyka zakotwiczenia: pierwsza informacja, jaką usłyszymy, jest tą, która mocniej zapada w pamięć). Jeśli przywołujemy fałszywą narrację – wytłumaczmy mechanizmy manipulacyjne, jakie wykorzystano. Pomoże to użytkownikom lepiej zrozumieć, w jaki sposób działa dezinformacja, oraz krytyczniej podejść do podobnie skonstruowanego przekazu w przyszłości. Po trzecie, powtarzajmy prawdziwą informację częściej niż fałszywą. Na naszą korzyść działa wtedy efekt prawdy iluzorycznej polegający na większej skłonności uznania danej informacji za prawdziwą, im częściej ją słyszymy.
Narracje dezinformacyjne wykorzystują często język emocjonalny, są pisane w sensacyjnym tonie – czyli interesująco opowiedziane. Trudno konkurować z tym przekazem – prawda bywa czasem zwyczajnie nudna, ale możemy poszukać sposobu na przekazanie jej w bardziej zrozumiały i ciekawy sposób.
O przeciwdziałaniu dezinformacji zdrowotnej należy myśleć systemowo. Działania edukacyjne i reagowanie na incydenty występujące w sieci są szalenie istotne, ale potrzebne są też szersze zmiany w systemie opieki zdrowotnej. Jeśli lekarz nie ma wystarczająco dużo czasu lub sił, by zapewnić pacjentowi empatyczną rozmowę, w trakcie której pacjent otrzyma odpowiedzi na nurtujące go pytania, będzie szukał odpowiedzi w sieci. Jeśli lekarz jest zmęczony i wydaje się zirytowany, pacjent może obawiać się zadać dodatkowe pytania. Łatwiej mu wtedy uwierzyć w narrację spiskową o lekarzach nieinteresujących się losem chorych, tylko wyłącznym zyskiem Big Pharmy. Dlatego by skutecznie walczyć z dezinformacją, musimy również zadbać o poprawę funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej, w tym warunków pracy lekarzy.
Czy to nie jest tak, że wraz z AI szarlatani otrzymali ulepszone narzędzia do szerzenia swoich teorii i musimy to zaakceptować?
Rozwój technologii sprawia, że treści syntetyczne coraz trudniej odróżnić od autentycznych. Jednak jest to miecz obosieczny, bo jednocześnie rozwijane są narzędzia do walki z dezinformacją wykorzystujące sztuczną inteligencję. NASK jako koordynator międzynarodowego konsorcjum przygotowuje projekt MedDisinfo poświęcony walce z dezinformacją medyczną. Projekt ma objąć m.in. narzędzia AI do wykrywania fałszywych treści zdrowotnych i ogólnodostępną bazę zdebunkowanych mitów medycznych wykorzystującą zasady medycyny opartej na dowodach.
Regulacje unijne takie jak AI Act wymuszają oznaczenia treści syntetycznych opublikowanych na platformach cyfrowych. Jest to rozwiązanie pozwalające na większą transparentność i wspierające krytyczne myślenie, jednak i to zabezpieczenie można ominąć – mimo wprowadzenia regulacji nadal możemy znaleźć w sieci materiały syntetyczne niezawierające stosownego oznaczenia. Regulacje unijne dają nam narzędzia, by reagować i przeciwdziałać nadużyciom, jednak całkowicie im nie zapobiegną – będą one zawsze o krok za rozwojem technologicznym. Z tego powodu musimy działać na wielu frontach.
Wierzyliśmy, że Lex Szarlatan mógłby położyć kres szerzeniu dezinformacji zdrowotnej, ale może to było naiwne?
Projekt Lex Szarlatan był dobrym krokiem w walce z dezinformacją zdrowotną, ale nawet w swojej pierwotnej wersji nie zapewniał całkowitej ochrony przed szkodliwymi treściami. Dezinformacja potrafi być bardzo wysublimowana i wymykać się jasnym definicjom. Skuteczne przeciwdziałanie jej wymaga podejmowania działań na wielu poziomach, w tym konsekwentnego stosowania już obowiązujących przepisów oraz rozwijania rozwiązań wspierających dostęp do wiarygodnych informacji i profesjonalnej opieki medycznej. Nawet najmniejsze usprawnienia systemowe mogą przynieść pozytywny efekt. Przykładowo skrócenie czasu oczekiwania na wizytę u specjalisty o tydzień może jednocześnie oznaczać, że pacjent siedem dni krócej będzie narażony na dezinformację zdrowotną w sieci.