Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. cottonbro studio / Pexels
Autor: Małgorzata Solecka
Jest nowa minister zdrowia, nie ma nowego otwarcia – to chyba najbardziej trafne podsumowanie tego, co przyniosły w ochronie zdrowia dwa letnie miesiące.
Rekonstrukcja rządu, jaką premier Donald Tusk ogłosił 23 lipca, miała „bardzo szybko” zaowocować oddaniem resortu zdrowia w ręce fachowców od zarządzania. Szef rządu zapewniał: – W najbliższych dniach ten resort zostanie odpartyjniony, odpolityczniony. I dziękował koalicjantom, że przyjęli to do wiadomości.
Wybór Jolanty Sobierańskiej-Grendy, prawniczki od ponad dwóch dekad zajmującej się zarządzaniem samorządowymi podmiotami leczniczymi na szczeblu powiatu i województwa (do resortu zdrowia trafiła jako prezes spółki Szpitale Pomorskie, zarządzającej placówkami podległymi marszałkowi województwa pomorskiego), z jednej strony oczywisty, z drugiej – mógł być zaskoczeniem. Zwłaszcza że premier o wymianie minister Izabeli Leszczyny zdecydował w ostatniej chwili, włączając resort zdrowia do skromnego pakietu ministerstw, z których mogła – jedno – wybrać, w ramach powyborczej układanki, Polska 2050. Partia Szymona Hołowni wybrała jednak kulturę, ale Tuskowi już wręcz nie wypadało zostawić na stanowisku Izabeli Leszczyny, zwłaszcza że choć wylewnie jej dziękował za kilkanaście miesięcy pracy, trudno przypuszczać, by postrzegał pozytywnie efekty tej pracy. Nie bez powodu była już szefowa MZ w każdym sondażu opinii publicznej była na podium najgorzej ocenianych członków rządu.
Premier przy rekonstrukcji rządu chciał wywołać wrażenie, że przekazuje obszar ochrony zdrowia specjalistom od zarządzania, wyjmując resort z koalicyjnych układanek, przewidujących, że w kierownictwie ministerstw muszą być reprezentowani wszyscy koalicjanci. Niezależnie od tego, czy liderzy koalicji rządzącej rzeczywiście „przyjęli to do wiadomości”, czy nie, wypowiedź Tuska bardzo szybko została co najmniej dwukrotnie sfalsyfikowana. Po pierwsze, nie minęły dwie doby, gdy Lewica w Sejmie wywróciła plan przegłosowania ustawy szpitalnej, zapowiadając wstrzymanie się od głosu. Posłowie nawet niespecjalnie kryli, że ma to związek z planem odwołania ze stanowiska Wojciecha Koniecznego, senatora Lewicy. Przeciw ustawie Lewica wytoczyła potężne argumenty, które – na kolejnym posiedzeniu – nagle zniknęły i klub ustawę poparł. Po drugie, dni mijały, a skład kierownictwa resortu zdrowia nie zmieniał się nawet na jotę. Już podczas posiedzenia Sejmu 4–5 sierpnia pojawiały się w kuluarach złośliwe komentarze, że obserwujemy wyjątkowo wydłużone „najbliższe dni” i nie ma żadnej gwarancji, że nie wydłużą się one do września.
W każdym razie, jeśli ktoś spodziewał się w zdrowiu ofensywy – medialnej, legislacyjnej, politycznej – przeżyć musiał srogi zawód. Z pewnością przeżyć go musieli posłowie Komisji Zdrowia, którzy mogli się spodziewać, że w dniach pracy Sejmu przed posiedzeniem Zgromadzenia Narodowego (6 sierpnia) i inauguracją prezydentury Karola Nawrockiego będą się mogli spotkać z nową szefową resortu, poznać jej plany i porozmawiać o wyzwaniach. Byłoby to tym bardziej zasadne, że Sejm wznowi prace dopiero 9 września, a sytuacja systemu ochrony zdrowia nie należy do najłatwiejszych. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Oczywiście, można ten brak gotowości do spotkania (konfrontacji) z niekoniecznie przyjaźnie nastawionymi posłami tłumaczyć nie tyle brakiem politycznego obycia, ile wyjątkowo niekomfortową sytuacją, w jakiej znalazła się Jolanta Sobierańska-Grenda, która objęła urząd w momencie finalizacji prac nad tzw. ustawą o ratowaniu szpitali powiatowych. Pani minister – co ujawnił Wojciech Konieczny – planuje jej nowelizację, ale na pewno nie byłoby jej zręcznie o tym mówić publicznie. No i ciągle nie jest pewne, czy będzie co nowelizować – ustawa, wobec której Senat 7 sierpnia nie zgłosił poprawek, trafiła na biurko prezydenta Karola Nawrockiego, a koalicja rządząca nie ma pewności (eufemizm), że zostanie podpisana. Druga okoliczność, która tłumaczy ogromną powściągliwość nowej minister w pierwszych tygodniach urzędowania (brak obecności w przestrzeni publicznej, brak wypowiedzi), to otwarty temat wynagrodzeń w ochronie zdrowia. Minister co prawda tylko przez kilka minut brała udział w spotkaniu Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, który 31 lipca rozmawiał przede wszystkim o ewentualnych zmianach w kontraktach lekarskich, ale doskonale wie, że ten temat może zdominować kolejne miesiące jej urzędowania, niezależnie od tego, czy i jakie decyzje zostaną podjęte. Każda publiczna wypowiedź na ten temat to potencjalna mina – a minister zdrowia, jak saper, może się pomylić najwyżej raz.
Zresztą wiele wskazuje, że premier wszystkim ministrom swojego drugiego (w tej kadencji) gabinetu przyznał tytuł sapera honoris causa i wpadek nie zamierza tolerować, nie bacząc nawet na to, że niektóre potencjalne miny sam podłożył. W przypadku ochrony zdrowia taką miną, co do tego nie ma wątpliwości, są słowa premiera, że celem Ministerstwa Zdrowia i rządu będzie poprawa sytuacji przede wszystkim pacjentów, nie lekarzy. Tusk nie dał cienia marginesu na interpretację tej wypowiedzi (powiem bardzo brutalnie, nie sytuacji lekarzy), kontynuując to, co powiedział podczas wniosku o wotum zaufania, podkreślając, że 18 mld zł dodatkowych środków, jakie trafią do systemu w 2026 r. (plan na 2026 vs. plan na 2025 r.), ma zostać przeznaczone „dla pacjentów”, w znacznie mniejszym stopniu na podwyżki w ochronie zdrowia.
Środowisko lekarskie, w każdym razie jego znakomita część, uznało słowa premiera za atak wpisujący się w obecną już od kilku lat w przestrzeni publicznej tendencję do przerzucania odpowiedzialności za niedomogi systemu na lekarzy, a konkretnie ich wygórowane oczekiwania finansowe. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, komentując pod koniec lipca wypowiedź szefa rządu, uznał, że ta polityka przerzucania odpowiedzialności na personel medyczny będzie kontynuowana.
Samorząd lekarski, jak mówił prezes NRL, mimo niesprzyjającego początku jest gotowy do współpracy z nową minister zdrowia, jednak nie przyjmuje do wiadomości, że miałoby nastąpić jakieś „nowe otwarcie”. Do rozwiązania jest długa lista problemów, do spełnienia – długa lista złożonych od jesieni 2023 r. obietnic. Wśród niespełnionych obietnic Jankowski wymienił m.in.:
Samorząd lekarski ma żal nie tylko do byłej już minister zdrowia. Ogromne rozczarowanie związane jest z również odwołanym ministrem sprawiedliwości. Adam Bodnar obiecywał lekarzom realizację jednego z fundamentalnych postulatów, czyli wprowadzenie systemu no-fault. Od początku 2024 r. w tej sprawie padały nawet konkretne terminy, konkretne obietnice, które w pewnym momencie po prostu zniknęły. Resort sprawiedliwości przestał reagować na pytania płynące z izby lekarskiej, a wiosną 2025 r. Ministerstwo Zdrowia powołało nowy zespół, który zajmuje się sprawą od zera. Jest obawa, że minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, przed którym stoją zupełnie inne wyzwania, będzie tematem klauzuli wyższego dobra zupełnie niezainteresowany.
© Copyright by OIL w Warszawie. Wszelkie prawa do przedruku są zastrzeżone.