Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

szarlataneria

fot. licencja OIL w Warszawie

Publicystyka 26.06.2026 r.

Epoka eksperta podejrzanego

Autor: Paweł Walewski

O tym, jak fartuch lekarza przegrał z algorytmem, a medycyna straciła pacjentów na rzecz szarlatanów…

 

Być może największym paradoksem współczesnej medycyny nie jest to, że potrafimy wymieniać zastawki serca przez niewielkie nacięcie, edytować geny albo wykrywać nowotwory na etapie pojedynczych mutacji. Największym paradoksem jest fakt, że żyjąc w epoce najbardziej zaawansowanej nauki, coraz większa liczba ludzi przestaje jej ufać.

Lekarz, który jeszcze 30 lat temu był figurą niemal instytucjonalnego autorytetu, dziś coraz częściej przypomina uczestnika telewizyjnej debaty, w której jego głos waży dokładnie tyle samo, co zdanie influencera sprzedającego suplementy, samozwańczego „terapeuty energii” albo człowieka przekonanego, że szczepionki służą do sterowania ludźmi przez satelity. W demokracji każdy ma prawo do własnych poglądów. Problem zaczyna się wtedy, gdy każdy uważa, że ma również prawo do własnych faktów.

Pacjent, który jeszcze dekadę temu przychodził z ufnością godną wyroczni delfickiej, dziś wchodzi do gabinetu lekarza z telefonem w ręku, listą pytań z Reddita i TikToka oraz głębokim przekonaniem, że oni wszyscy kłamią. A my, przez te same drzwi, przemknęliśmy w epokę, którą socjologowie nazywają śmiercią eksperckości, choć trafniejsze byłoby określenie jej jako demokratyzacji urojeń.

Medycyna – najbardziej intymna z nauk, dotykająca bezpośrednio ludzkiego lęku przed bólem i ostatecznością – stała się głównym polem bitwy w tej kulturowej wojnie. Dla czytelników „Pulsu”, ludzi, którzy spędzili dekady na pamięciowej nauce szlaków metabolicznych i anatomii, rzeczywistość ta bywa nie tyle frustrująca, ile poznawczo obca. Jak bowiem rozmawiać z pacjentem, który potrafi odrzucić chemioterapię na rzecz lewatyw z kawy, powołując się przy tym na „niezależne badania”? Żeby zrozumieć, dlaczego przeciętny, skądinąd rozsądny obywatel zaczyna wierzyć, że smugi kondensacyjne na niebie to spisek depopulacyjny, a szczepionki zawierają mikroczipy, musimy porzucić intelektualny protekcjonalizm. Najprościej jest uznać przeciwników nauki za ludzi niewykształconych lub po prostu głupich. To błąd popełniany przez elity od czasów Oświecenia.

W 1847 roku, kiedy Ignaz Semmelweis błagał wiedeńskich chirurgów, by raczyli umyć ręce przed wejściem na salę porodową, nie spotkał się z merytoryczną dyskusją. Spotkał się z głęboką, niemal estetyczną obrazą. Jak to? Dżentelmen, a tym bardziej lekarz, miałby rozsiewać śmierć swoimi dłońmi? Semmelweis skończył w zakładzie dla obłąkanych, pobity przez strażników, a medycyna głównego nurtu potrzebowała kolejnych dekad, by uznać istnienie niewidzialnych gołym okiem drobnoustrojów.

Dzisiejszy ordynator oddziału chorób wewnętrznych, czytający w swoim gabinecie kolejny wydruk z forum internetowego przyniesiony przez pacjenta, może poczuć dziwną solidarność z wiedeńskim pionierem. Choć wektory się odwróciły. Współczesny lekarz nie walczy już z ignorancją własnego środowiska, ale z globalną architekturą cyfrowego buntu, w której sformułowanie „w moim poczuciu” ma dokładnie taką samą wagę, jak metaanaliza opublikowana na łamach „The Lancet”.

Gdyby walka toczyła się wyłącznie na poziomie filozoficznym, moglibyśmy traktować ją jako niegroźny folklor. Jednak denializm medyczny to dziś doskonale naoliwiony, wart miliardy dolarów przemysł. Opiera się on na specyficznym marketingu strachu i podrabianiu insygniów nauki.

Dlaczego różne bzdury rozprzestrzeniają się szybciej niż kiedykolwiek? Odpowiedź kryje się w Dolinie Krzemowej i strukturze współczesnych mediów społecznościowych. Algorytmy Facebooka, YouTube’a i TikToka nie zostały stworzone po to, by promować prawdę. Zostały zaprojektowane tak, by maksymalizować zaangażowanie użytkownika. A nic nie angażuje ludzkiego mózgu tak skutecznie, jak dwie emocje: strach i oburzenie. Gdy użytkownik ów kliknie w taki link, algorytm natychmiast klasyfikuje go jako osobę zainteresowaną medycyną alternatywną i zaczyna podsuwać mu coraz bardziej radykalne treści.

Algorytmy nie premiują ostrożności. Premiują emocje.

Lekarz mówi: Aktualne dane wskazują z wysokim prawdopodobieństwem… Internetowy guru na to: Ukrywają przed wami prawdę. Nietrudno zgadnąć, które zdanie zdobędzie więcej udostępnień.

W ten sposób powstał osobliwy rynek medycznych bzdur, który dziś przypomina prężnie rozwijający się sektor gospodarki. Można odnieść wrażenie, że dla każdego schorzenia istnieje już alternatywna teoria i alternatywna terapia.

Nowotwory mają być rzekomo skutkiem enigmatycznego zakwaszenia organizmu, mimo że człowiek z rzeczywiście zakwaszoną krwią trafia na oddział intensywnej terapii, a nie do sklepu ze zdrową żywnością. Autyzm ma być konsekwencją szczepień, mimo że dziesiątki dużych badań epidemiologicznych obaliły tę hipotezę, a jej pierwotny autor został skompromitowany i pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Depresję mają leczyć kamienie, kryształy, częstotliwości, rezonanse i bliżej nieokreślone energie. W tej wizji neuronauka spotyka się z astrologią przy wspólnym stole, a rachunek płacą za to skołowani pacjenci.

Szczególnie interesującym zjawiskiem są rozmaite kliniki, które z medycyną mają tyle wspólnego, ile kasyno z matematyką stosowaną. Nazwy brzmią imponująco: centrum medycyny integralnej, instytut terapii biologicznych, klinika medycyny funkcjonalnej, akademia zdrowia kwantowego. Im mniej konkretów, tym zwykle bardziej efektowna identyfikacja wizualna.

Pacjent trafia do takiego miejsca, przypominającego nowoczesny gabinet lekarski, nie zdając sobie sprawy, że dyplomy i certyfikaty, które widzi na ścianie, są zazwyczaj nic niewarte. Ich naukowy ciężar można porównać z dyplomem ukończenia kursu parzenia kawy. Ale personel używa medycznego słownictwa. Następnie wykonywana jest seria egzotycznych badań, często niemających uznania w nauce, po czym pacjent otrzymuje kosztowny pakiet suplementów i obietnic. To właśnie obietnica jest tu najważniejsza, jakby była podstawową walutą pseudomedycyny.

Czy jesteśmy skazani na ostateczny triumf neoszamanizmu? Niekoniecznie, ale walka wymaga zmiany strategii. Lekarze muszą przestać zachowywać się jak kapłani starożytnego kultu, którzy obrażają się na widok profanów zadających pytania. Protekcjonalne fuknięcie: Kto tu jest lekarzem, ja czy Google? to najlepszy sposób, by pchnąć pacjenta prosto w ramiona najbliższego terapeuty medycyny niekonwencjonalnej.

Musimy wrócić do korzeni sztuki lekarskiej, gdzie komponent komunikacyjny był równie ważny jak farmakoterapia. Jeśli pacjent przychodzi z absurdalną teorią, zamiast go wyśmiewać, trzeba zapytać: Skąd pan o tym wie?, Co pana w tej metodzie przekonało?, a następnie spokojnie, używając zrozumiałych analogii, rozmontować ten mechanizm. To wymaga czasu, którego system nie daje – i to jest największy strukturalny grzech współczesnej medycyny.

Dopóki publiczne i prywatne systemy ochrony zdrowia nie zrozumieją, że czas poświęcony na rozmowę z pacjentem i budowanie relacji opartej na zaufaniu jest taką samą procedurą medyczną jak rezonans magnetyczny czy endoskopia (tak niechętnie dziś rozliczane przez płatnika), dopóty będziemy przegrywać z „Klinikami Zdrowia Kwantowego”. Magia zawsze wygra z nauką, jeśli nauka zapomni o tym, że leczy ludzi, a nie jednostki chorobowe. Szarlatan daje pacjentowi opowieść, w której jest on głównym bohaterem, a nie numerem PESEL w kolejce. Medycyna oparta na faktach oferuje EBM, statystykę i prawdopodobieństwo – rzeczy chłodne i dość bezwzględne. Medycyna alternatywna oferuje pewność i sens. Semmelweis miał rację co do brudu na dłoniach; my musimy zadbać o to, by zdezynfekować przestrzeń informacyjną, zanim pacjenci ostatecznie utoną w kompoście cyfrowych iluzji. 

Paweł Walewski

Autor: Paweł Walewski

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.