Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. licencja OIL w Warszawie
Autor: Paweł Walewski
Płodność – ta najbardziej intymna i fundamentalna sfera ludzkiej egzystencji – stała się ostatnim bastionem, który próbujemy zdobyć nie tylko nauką, ale i czystą magią.
Niewiele jest sfer życia, które opierają się racjonalnemu porządkowi. Ta jest pierwotna, kapryśna i – co najważniejsze – ściśle związana z upływem czasu. Nic dziwnego, że gdy zawodzi, pacjenci sięgają po metody, które w innych dziedzinach medycyny nazwalibyśmy co najmniej optymistycznymi. Skoro ludzie potrafią sięgać po niekonwencjonalne metody leczenia alergii, nowotworów czy przewlekłych „korzonków”, to dlaczego mieliby nie szukać ich tam, gdzie stawką jest dziecko – najbardziej elementarne z ludzkich pragnień?
Rynek cudownych sposobów na płodność rozrósł się więc do rozmiarów niemal metafizycznych: od kapsułek z żeńszeniem, przez korzeń macy, po mieszanki ziół, których nazwy brzmią jak fragmenty zaklęć z nie do końca przetłumaczonego sanskrytu. Ashwagandha, tribulus, vitex (niepokalanek), dong quai, czerwona koniczyna – to tylko niektóre gwiazdy tego firmamentu. Fora, grupy na Facebooku i konta influencerów medycznych (lub udających takich) pełne są historii „przed i po”. Dwie tabletki dziennie, które poleciła żona, jedna od teściów wyczekujących niecierpliwie wnuków, trzecia „bo w reklamie mówili, że poprawia ruchliwość”. Internet, ten niezmordowany doradca, oferuje katalog obietnic: poprawę jakości nasienia w trzy tygodnie, zwiększenie liczby plemników, „rewitalizację” jajników czy nawet regulację cyklu hormonalnego przy pomocy naparów, które równie dobrze mogłyby służyć jako przyprawa do barszczu. W tle pobrzmiewa przekonanie, że skoro coś jest naturalne, to musi być bezpieczne – co jest mniej więcej tak trafne jak twierdzenie, że każda roślina nadaje się do spożycia, bo przecież rośnie w naturze.
W gabinetach lekarskich ta wiara przybiera postać konkretną i policzalną. Coraz częściej pierwsza wizyta pary starającej się o dziecko przypomina przegląd apteczki: witamina D, cynk, selen, kwas foliowy, koenzym Q10. Ciało pacjenta staje się swoistą tablicą Mendelejewa, a wątroba – przeciążonym laborantem, który próbuje z tej chemicznej kakofonii stworzyć coś użytecznego. „Suple”, jak pieszczotliwie nazywają je pary, stały się częścią rytuału starania się o dziecko na równi z pomiarem temperatury i aplikacjami do śledzenia owulacji.
Problem polega na tym, że organizm ludzki nie działa na zasadzie im więcej, tym lepiej. Współczesne przewitaminizowanie nie jest już abstrakcją z podręcznika toksykologii, lecz realnym zjawiskiem, które może zaburzać funkcjonowanie całej gospodarki metabolicznej. Z perspektywy klinicznej rozsądniej byłoby zastosować jeden, dobrze przebadany preparat, w którym składniki dobrano w odpowiednich proporcjach i którego działanie oceniano w konkretnych badaniach. Ale nawet wtedy mówimy o terapii wspomagającej – dodatku, nie rozwiązaniu. Tylko jak wytłumaczyć to pacjentom, którzy tuż przed czterdziestką przypomnieli sobie, że może warto założyć rodzinę?
Wbrew marketingowym narracjom płodność nie poddaje się łatwym skrótom. W przypadku kobiet najważniejszym czynnikiem pozostaje wiek – niepopularna prawda w epoce, która lubi wierzyć w nieograniczoną plastyczność biologii. Żadne smoothie z dodatkiem superfoods, polecane przez influencerki z TikToka, nie zatrzyma wskazówek zegara. U mężczyzn sytuacja jest bardziej rozproszona, ale nie mniej wymagająca. Jakość nasienia pogarsza się pod wpływem wielu czynników: przebytych infekcji, takich jak rzeżączka, żylaków powrózka nasiennego, niezdiagnozowanych zaburzeń genetycznych i rozwojowych, stanów zapalnych, urazów, nowotworów jąder. Do tego dochodzi styl życia – otyłość, alkohol, papierosy, brak ruchu – oraz ekspozycja na chemikalia obecne w powietrzu i pożywieniu. To wszystko składa się na długoterminowy trend, który lekarze obserwują od dekad: spadek liczby plemników. Normy, które kiedyś wydawały się oczywiste, zmieniły się. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu za prawidłową uznawano liczbę 20 mln plemników w 1 ml ejakulatu; dziś granica ta wynosi 16 mln. W całym ejakulacie – zamiast 60 mln wystarcza 39. To nie jest postęp, lecz dostosowanie oczekiwań do rzeczywistości. A nawet te liczby nie mówią wszystkiego: liczy się przecież morfologia i ruchliwość. Można mieć miliony żołnierzy, którzy – ujmując rzecz bez zbędnej metafory – nie wykazują większej inicjatywy.
W tym kontekście wiara w magiczne suplementy nabiera cech pewnej ironii. Preparaty z żeń-szeniem czy korzeniem macy są przedstawiane jako remedium na wszystko – od zmęczenia po zaburzenia hormonalne – choć dowody naukowe na ich skuteczność pozostają ograniczone i niejednoznaczne. Podobnie rzecz ma się z popularnymi mieszankami ziół, które według internetowych poradników regulują gospodarkę hormonalną. Regulacja ta, jeśli w ogóle zachodzi, odbywa się raczej w sferze oczekiwań niż fizjologii. Nie oznacza to, że medycyna pozostaje bezradna, tylko jedynie, że jej narzędzia są bardziej złożone niż obietnice reklamowe. Diagnostyka przyczyn niepłodności – zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn – wymaga czasu, precyzji i często trudnych decyzji terapeutycznych. W tym sensie suplementy mogą pełnić rolę pomocniczą, ale nie zastąpią leczenia przyczynowego tam, gdzie jest ono możliwe.
Co ciekawe, internetowe porady brzmią jak echo szarlatanów sprzedających eliksiry młodości. Korzeń macy, peruwiańska roślina z wysokich Andów, jest promowany jako afrodyzjak i „naturalny booster” testosteronu oraz płodności. Niektóre małe badania sugerują pewną poprawę parametrów nasienia, ale dowody pozostają niejednoznaczne, a efekt – skromny. Żeń-szeń (szczególnie Panax) bywa chwalony za wpływ na ruchliwość i liczbę plemników, ashwagandha – za redukcję stresu oksydacyjnego. Cynk i selen mają solidniejsze podstawy w badaniach dotyczących ruchliwości. Jednak żadna z tych substancji nie „obudzi” plemników do szybszego biegu, jeśli podstawowa przyczyna leży gdzie indziej.
Gorzej – niektóre popularne zioła niosą ryzyko. Dong quai („żeński żeń-szeń”) może powodować skurcze macicy. Czerwona koniczyna, bogata w związki estrogenopodobne, budzi obawy u kobiet z ryzykiem zmian w endometrium. Black cohosh bywał łączony z uszkodzeniem wątroby. Nawet pozornie niewinne herbatki ziołowe w nadmiarze potrafią wchodzić w interakcje z lekami stosowanymi w leczeniu niepłodności.
Może więc zamiast kolejnej kapsułki warto zaproponować pacjentom coś mniej spektakularnego, ale bardziej skutecznego: rzetelną informację. Uświadomienie, że biologia ma swoje granice, a upływ czasu – konsekwencje. Że styl życia nie jest dodatkiem do zdrowia reprodukcyjnego, lecz jego integralną częścią. I że wreszcie, w świecie, który oferuje natychmiastowe rozwiązania, płodność pozostaje jedną z tych dziedzin, które wymagają cierpliwości, pokory i – co być może najtrudniejsze – akceptacji faktu, że nie wszystko da się przyspieszyć.
Rynek cudów będzie istniał tak długo, jak długo istnieje potrzeba nadziei. Rolą medycyny nie jest jej odbieranie, lecz nadawanie jej właściwego kształtu. Nawet jeśli oznacza to powiedzenie pacjentowi, że zamiast egzotycznego korzenia lepiej zacząć od rzeczy mniej efektownych: diagnostyki, zmiany stylu życia i – czasem – pogodzenia się z biologią, która nie czyta reklam.
Wbrew roznieconej nadziei musimy z pewną dozą sarkazmu, ale i empatii, studzić ten zapał do samoleczenia. Nie zastąpi ono profilaktyki w dzieciństwie, nie cofnie dekad palenia papierosów i – co najważniejsze – nie zresetuje biologicznego zegara. Zamiast budować w sypialniach ołtarzyki z suplementów, może warto wrócić do podstaw: rzetelnej diagnostyki, chłodnej analizy faktów i pogodzenia się z tym, że w świecie zdominowanym przez algorytmy nasze ciała wciąż podlegają prawom, których nie da się zhakować? Czasem najlepszym sposobem na poprawę płodności nie jest kolejna tabletka, ale zdjęcie różowych okularów, które próbują sprzedać handlarze cudów.