Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

wielolekowość

fot. licencja OIL w Warszawie

Medycyna 27.02.2026 r.

Koktajl Mołotowa, czyli pacjent w krainie czarów

Autor: Paweł Walewski

Nowoczesna medycyna ludowa: jedna choroba, pięć tabletek i święty spokój. W końcu, skoro reklama obiecuje zdrowie w 15 minut, to po co lekarz, rozsądek i czytanie ulotek?

Ach, ta nasza narodowa pasja do pigułek! W kraju, gdzie suplementy diety kuszą z półek stacji benzynowych, dorobiliśmy się nowej narodowej dyscypliny sportowej: wielolekowości, zwanej w medycznym żargonie polipragmazją. Brzmi to niemal jak nazwa egzotycznego tańca, ale w rzeczywistości jest to taniec na krawędzi niewydolności nerek i wątroby. Albo eufemizm dla farmaceutycznego chaosu.

Co trzeci Polak połyka średnio pięć tabletek dziennie, a w grupie seniorów liczby te rosną do absurdalnych poziomów. Jako lekarze codziennie mierzycie się z pacjentami, którzy do gabinetu wchodzą nie tyle z historią swojej choroby, ile z całym inwentarzem chemicznym. Problem w tym, że o ile wy wystawiacie receptę na nadciśnienie, o tyle pacjent w drodze do domu widzi billboard reklamujący cudowny magnez na drganie powieki i odwiedza aptekę oferującą super-hiper-ibuprofen na ból wszystkiego. Na ile mu to pomaga, a ilu milionom szkodzi? W tym przypadku „więcej” zdecydowanie nie oznacza „lepiej”.

Warto zadać pytanie, dlaczego mechanizm ten jest tak skuteczny. Branża farmaceutyczna opanowała do perfekcji techniki budowania u pacjenta poczucia natychmiastowej sprawczości. Reklamy nie obiecują żmudnej rehabilitacji ani zmiany nawyków żywieniowych – obiecują rozwiązanie w 15 minut. Tworzy to iluzję, że zdrowie jest towarem, który można nabyć na własność, niezależnie od zaleceń specjalisty. Pacjent staje się konsumentem medycyny, który uważa, że im droższy i bardziej kolorowy zestaw leków skomponuje, tym większą barierę ochronną zbuduje wokół swojego organizmu. To tragiczne nieporozumienie, bo farmakologia to nie sałatka jarzynowa, gdzie po dodaniu kilkunastu składników można liczyć na bogatszy smak. Tutaj każdy kolejny składnik to bilet w jedną stronę do krainy nieprzewidywalnych interakcji.

Najgroźniejszym efektem ubocznym tego zjawiska jest tzw. kaskada lekowa – sytuacja, w której objaw niepożądany jednego leku jest interpretowany przez lekarza (lub samego pacjenta) jako nowa choroba. W efekcie przepisywany jest na nią kolejny preparat, który generuje kolejne skutki uboczne. Przykładowo: jakiś lek powoduje obrzęki, więc pacjent dostaje lek moczopędny. Ten z kolei wypłukuje potas, co prowadzi do skurczów mięśni i kołatania serca. Zamiast odstawić przyczynę, pacjent dokupuje potas i magnez, a na kołatania otrzymuje kolejną receptę. W ten sposób w ciągu zaledwie kilku miesięcy prosty schemat terapeutyczny zamienia się w farmakologiczną pułapkę, z której organizm nie potrafi się już samodzielnie wydostać.

Bo polipragmazja to nie tylko liczba tabletek, ale interakcje między nimi – te niewidoczne pułapki, które mogą zamienić terapię w truciznę. Weźmy przykład z życia (może być znów z potasem): pacjent łyka leki, które zatrzymują go w organizmie. A potem, pod wpływem reklamy, dokupuje jakiś suplement, w którym zawarty jest i potas, i magnez, i jeszcze wapń. Bo przecież zdrowo jest suplementować – myśli. Reklamy milczą o ryzyku, a komu by się chciało czytać ulotki (drobnym drukiem)? Miliony Polaków leczą się więc na schorzenia przewlekłe, a do tego dorzucają witaminy i minerały, nawet nie informując o tym lekarzy.

Ryzyko rośnie geometrycznie: przy dwóch lekach szansa na interakcję to 13 proc., przy trzech – 34 proc., a przy pięciu – aż 88 proc. To jak gra w rosyjską ruletkę z pełnym magazynkiem. System pozostaje dziurawy jak sito – wprowadzenie elektronicznych recept wcale nie dało farmaceutom automatycznego wglądu w pełną historię zakupów. Bez zgody na dostęp do Internetowego Konta Pacjenta aptekarze widzą tylko to, co pacjent ma w danej chwili w ręku. Nie znają jego historii choroby ani nie śledzą go w wędrówce od specjalisty do specjalisty. Zresztą sami są często zadowoleni, jak klient wychodzi z siatką pełną potencjalnych bomb zegarowych.

Dlaczego Polacy tak chętnie dokarmiają się chemią? Podziwiajmy wytwórców leków i suplementów diety, że odrobili lekcję z psychologii lepiej niż niejeden student medycyny. Trudne, łamiące język nazwy związków chemicznych zastąpiono chwytliwymi skrótami. Gripex brzmi jak szybkie rozwiązanie, Stoperan jak znakomita bariera. Problem pogłębia rozproszenie opieki specjalistycznej. W systemie, w którym kardiolog nie widzi zaleceń od urologa, a dermatolog nie wie o lekach przepisanych przez psychiatrę, pacjent staje się jedynym łącznikiem informacji. Niestety, jest to łącznik skrajnie niewiarygodny, bo często uznaje niektóre preparaty za nieistotne lub wstydzi się przyznać do stosowania medycyny alternatywnej. Lekarze z kolei, pod presją czasu, rzadko przeprowadzają pełną inwentaryzację domowej apteczki. Często w gabinetach panuje specyficzna zmowa milczenia. Kowalski nie przyzna się, że leczy się u trzech różnych specjalistów, a każdy z nich – kardiolog, okulista, dermatolog – przepisuje leki ze swojej działki, nie zawsze wiedząc o poczynaniach kolegów po fachu. Prawo pozwala każdemu lekarzowi zapisać wszystko, ale brak przepływu informacji czyni z tej swobody narzędzie ryzyka. Tu nie chodzi o odstawianie leków zleconych przez specjalistów, ale o to, by samowolnie niczego do tego zestawu nie dorzucać.

Zjawisko to jest dodatkowo napędzane przez dostępność leków poza aptekami. Paracetamol ukryty pod pięcioma różnymi nazwami handlowymi można kupić na poczcie, w kiosku czy na stacji benzynowej. Tam nikt nie doradzi, by nie łączyć leku na przeziębienie z lekiem na ból głowy, jeśli oba zawierają tę samą substancję czynną. Marketingowa zasłona dymna pozwala zapomnieć, że pod kolorowym opakowaniem i fantazyjną nazwą kryje się identyczna, czasem niebezpieczna w nadmiarze, substancja. Cóż jednak z tego, że pojawiają się bezpieczniki – w najróżniejszych kodeksach dobrych praktyk reklamowych – mające teoretycznie chronić odbiorców przed naiwną wiarą w moc suplementów diety? Każdy, kto szuka dla siebie cudownej pigułki na wszystkie udręki życia, bez trudu odnajdzie ją w internetowej sieci i sprowadzi z najodleglejszego zakątka świata. Tak jak ochrona nieletnich przed zgubnym wpływem alkoholu, papierosów czy pornografii i ta może mieć tylko ograniczony zasięg.

Reglamentacja marketingu farmaceutycznego raczej nie sprawi, że problem nadmiernego spożywania leków uda się załagodzić. Oczywiście nieokiełznane zapędy branży do wynajdowania nowych chorób i wyrabianie wśród rzeszy odbiorców ufności, że można się karmić chemią w nieograniczonych ilościach, należy za wszelką cenę poskramiać. Tylko czy ważniejsza od restrykcyjnych regulacji prawnych nie jest edukacja i kształtowanie świadomości? Większość ludzi zatroskanych o stan swojego zdrowia lub niepogodzonych z naturalnymi ograniczeniami nakładanymi choćby przez wiek lub inne niesprawności woli dziś zaleczać problemy, wierząc w moc pigułek, zamiast dotrzeć do ich źródeł.

Potrzebna jest więc praca u podstaw – ciągłe uświadamianie, że moda na obfite dokarmianie się farmaceutykami nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Polipragmazja to choroba systemu i braku świadomości. W świecie, gdzie ulga jest „kupiona w aptece”, naszym zadaniem nadal będzie przypominanie, że zdrowia nie przybywa wraz z liczbą połkniętych pigułek. A czasem najlepszym rozwiązaniem, jak często postępują geriatrzy, jest skreślenie trzech innych, zupełnie niepotrzebnych pozycji z domowej listy pacjenta. Chyba warto stać się czujnym detektywem – i dopytywać o to, co pacjent kupuje w osiedlowym sklepie spożywczym oraz jakie zioła zaparza wieczorem. Bo choć czas w gabinecie goni, a ludzie bywają nieszczerzy, to właśnie tych kilka dodatkowych pytań może zapobiec farmakologicznej katastrofie.

Paweł Walewski

Autor: Paweł Walewski

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.