X Mazowieckie Spotkania Stomatologiczne 19-21 czerwca

Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

pacjent z polimeru

fot. licencja OIL w Warszawie

Medycyna 30.03.2026 r.

Pacjent z polimeru

Autor: Paweł Walewski

Choć medycyna ratuje życie dzięki jednorazowym tworzywom, napędza nanoinwazję plastiku. Oto jak zagrożenie ekologiczne stało się prawdziwym wyzwaniem zdrowotnym.

Jeszcze niedawno, kiedy młodzi adepci sztuki medycznej ślęczeli nad podręcznikami, świat wydawał się – przynajmniej pod tym względem – uporządkowany. Wrogowie zdrowia mieli w tych książkach stałe miejsce. Byli nimi gęsty dym tytoniowy, azbest, ołów z benzyny osiadający na krawężnikach czy pestycydy, które sprawiały, że jabłka lśniły nienaturalnym blaskiem. Wiedzieliśmy, co zabija, a także – przynajmniej w teorii – jak tego unikać.

Ale w połowie lat 20. XXI w. do tej ponurej galanterii trucizn dołączył kolejny gracz. Dyskretny, wszechobecny i na swój sposób genialny, bo czysty, nowoczesny i sterylny. Nie śmierdzi jak niedopałek, nie brudzi rąk jak sadza. I choć w nazwie ma „mikro”, to jego obecność w naszym organizmie i w środowisku działa ogromnie skomplikowanie i wieloaspektowo. Nazewnictwo bywa zwodnicze, bowiem maleńkie cząstki wpływają na nasze zdrowie w skali makro.

Chodzi oczywiście o mikroplastik, a nawet nanoplastik – fragmenty plastiku mniejsze niż 5 mm, pochodzące z degradacji większych odpadów, ścierania opon samochodowych, prania syntetycznych ubrań czy nawet kosmetyków. Jest wszędzie: w oceanach, rzekach, powietrzu, a co za tym idzie – w naszej żywności i wodzie. Produkujemy go 265 mln t rocznie, a 4,8–12,7 mln t ląduje w oceanach. Odkąd jego drobiny znaleziono w płucach, krwiobiegu, tkankach jelit, a nawet w łożysku, zaczęło to budzić uzasadniony niepokój naukowców i lekarzy.

Medycyna lubi „punkty uchwytu”, tymczasem ten bohater jest jak nieproszony gość na bankiecie, który nie dość, że wyjada z lodówki, to jeszcze przestawia meble. Bo jest wszędzie – od opakowań, przez ubrania, po kurz w naszych domach. Rozkłada się latami (a jeszcze kilka dekad temu opakowania z tworzyw sztucznych obiecywały niezniszczalność), a kiedy już się rozpadnie, nie znika: zamienia się w mikro- i nanocząstki, które zaczynają wnikać w każdy zakamarek biosfery, włącznie z ludzkim ciałem. Z czym go spożywamy? Z owocami morza, solą morską, piwem, miodem, a nawet z powietrzem miejskim. Wdychamy go podczas spaceru, zjadamy z rybą na obiad, a dzieci – jak pokazały badania – mają go więcej w kale niż dorośli, prawdopodobnie przez gryzaki i zabawki z plastiku.

Naukowcy z Columbia University szacują, że woda z plastikowej butelki zawiera 240 tys. cząsteczek na litr. Parzysz herbatę w tych eleganckich, piramidalnych torebkach? One nie są z jedwabiu – to nylon, który pod wpływem wrzątku uwalnia miliardy cząstek prosto do kubka. Nawet oddychanie stało się sportem ekstremalnym, bo mikroplastik unosi się w kurzu domowym, odrywając się od syntetycznych dywanów i ubrań. To już nie jest kwestia, „czy go mamy”, ale „ile go zdążyliśmy zgromadzić”. Najbardziej uderzające są doniesienia o wykryciu mikro- i nanoplastików we krwi ludzi bez żadnego bezpośredniego kontaktu z plastikiem podczas pobierania próbek. Nawet w próbkach krwi pobranych od niemowląt jest syntetyczny ślad tego, co znajduje się w najbliższym otoczeniu. Badania wskazują, że drobiny polietylenu lub polipropylenu nie tylko mechanicznie zatykają naczynia włosowate, ale stają się jądrami kondensacji dla blaszek miażdżycowych. Zauważono uderzający dymorfizm płciowy: z jakiegoś powodu to męskie tętnice wydają się bardziej atrakcyjne dla plastikowego osadu, podczas gdy estrogeny u kobiet zdają się pełnić rolę (do czasu) tarczy ochronnej. Praca opublikowana w „Science” na początku 2025 r. rzuciła z kolei światło na to, co dzieje się w naszych głowach – odkryto bowiem, że nanocząstki plastiku nie tylko przekraczają barierę krew–mózg, ale potrafią stanowić niemal 0,5 proc. masy kory czołowej u niektórych osób zmarłych w 2024 r. To o 50 proc. więcej niż zaledwie osiem lat wcześniej. Jeśli tempo wzrostu się utrzyma, za kilka dekad mózgi naszych potomków będą miały więcej nerwową. Część badań wskazuje na związek między obecnością mikroplastiku a markerami stresu oksydacyjnego i zapalnego, a także z zaburzeniami mikrobiomu jelitowego i przepuszczalnością bariery jelitowej.

Czy trzeba zacząć panikować? Jako cywilizacja osiągnęliśmy mistrzostwo w ignorowaniu zagrożeń, których nie widać gołym okiem. Jak powiedzieć pacjentowi, żeby unikał mikroplastiku, skoro jest on w deszczu, w glebie i w większości wyrobów medycznych, których używamy na co dzień? Sarkastycznie można by rzec, że jesteśmy w trakcie wielkiego, globalnego eksperymentu klinicznego bez grupy kontrolnej i komisji bioetycznej. Bo przecież grupa kontrolna – ludzie wolni od plastiku – po prostu nie istnieje. Można oczywiście ulec nihilizmowi. Skoro plastik jest wszędzie, to może czas przestać się przejmować i po prostu zainwestować w firmy produkujące stenty naczyniowe? Ale to jak powiedzieć pacjentowi z nadciśnieniem: Jedz sól, bo i tak jest wszędzie. Czy ma to jakiś sens? Jest prawie niemożliwe, by całkowicie wyeliminować ekspozycję – jak niemal niemożliwe jest przeżycie bez kontaktu z innymi mikrozanieczyszczeniami środowiska. Plastik to po prostu część naszego ekosystemu.

A jednak zaczęto mówić o nim tak, jak kiedyś mówiliśmy o azbeście. Bez histerii, ale z bezwzględną konsekwencją faktów. Choć wymaga to higieny polimerowej, można skorzystać z kilku zaleceń ekologicznego życia: nie podgrzewać lunchboxów z polipropylenu, tylko powrócić do szkła i stali, filtrować wodę (przefiltrowana kranówka jest dziś bezpieczniejsza niż woda z butelki PET), nie unikać błonnika i sauny (badania sugerują, że zwiększenie pasażu jelitowego i intensywne pocenie to jedne z nielicznych dróg eliminacji mniejszych cząstek) czy wreszcie zrezygnować z syntetycznych tkanin na rzecz bawełny i wełny (to nie tylko kwestia mody, ale redukcji „chmury” plastiku, którą nosimy wokół siebie).

Mikroplastik to nieunikniony element nowoczesności, ale redukując ekspozycję, możemy minimalizować ryzyko. Może to kolejny przykład trucizny, której nie da się zlikwidować całkowicie, ale ignorowanie jej byłoby medyczną nonszalancją. Wystarczy rozejrzeć się wokół i spojrzeć na sale operacyjne, które toną w jednorazowym plastiku. Od strzykawek i drenów, przez cewniki, aż po opakowania sterylnych narzędzi – medycyna bez polimerów cofnęłaby się do epoki gotowania szklanych strzykawek, co w dobie zakażeń szpitalnych brzmi jak ponury żart. Jednak to właśnie wyroby medyczne, poddawane dezynfekcji i sterylizacji, mogą być źródłem bezpośredniej ekspozycji pacjenta na mikrocząstki trafiające wprost do łożyska naczyniowego. Stoimy przed paradoksem: ratujemy życie narzędziami, które w perspektywie długofalowej zostawiają w tkankach pacjenta syntetyczny ślad, którego skutków zapalnych dopiero zaczynamy się domyślać.

W 2025 r. Europejskie Towarzystwo Anestezjologii wydało pierwsze zalecenia, by w miarę możliwości wybierać sprzęt low-plastic-release albo wersje bez DEHP (związku di[2-etyloheksylu] ftalanu). Brzmi jak science fiction? Jeszcze rok temu też tak brzmiało, a dziś już kilka dużych szpitali w Niemczech i Skandynawii wprowadza to do standardów. Kto wie, czy przyszli lekarze zaczną pytać pacjentów nie tylko o palenie i dietę, ale też o to, ile plastikowych opakowań wykorzystują do przechowywania żywności, ile mają go w powietrzu i pyle domowym? Pytanie tylko, czy medycyna naprawcza nadąży z rozwiązaniami, gdy okaże się, że przewlekły stan zapalny u połowy pacjentów na oddziale wewnętrznym jest stymulowany przez drobiny opon samochodowych i resztki syntetycznych dywanów wdychanych we własnych sypialniach. Bo choć „mikro” sugeruje nieistotność, jego konsekwencje mogą okazać się naprawdę makro.

Paweł Walewski

Autor: Paweł Walewski

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.