Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. licencja OIL w Warszawie
Autor: Paweł Walewski
Polski pacjent coraz rzadziej boi się choroby, a coraz częściej lekarza. A może też utraty kontroli i niezrozumienia?
Jest w gabinetach lekarskich scena, powtarzalna jak refren piosenki. Lekarz mówi: Warto się zaszczepić, pacjent odpowiada: Wie pan, ja nie jestem przeciwnikiem, tylko mam wątpliwości. Gdyby wątpliwości dało się ważyć, mierzyć i zapisywać w dokumentacji medycznej, dawno mielibyśmy ich normy referencyjne. Tymczasem wątpliwości żyją własnym życiem, karmią się lękiem i internetem, a ich naturalnym środowiskiem są media społecznościowe, gdzie każdy mem ma większą siłę rażenia niż metaanaliza opublikowana w „The Lancet”.
Paradoks współczesnej medycyny polega na tym, że im więcej wiemy o chorobach, tym bardziej boimy się… leczenia. Rak, zawał serca, udar mózgu – te słowa, które jeszcze niedawno wywoływały dreszcz grozy, dziś zostały oswojone przez statystyki przeżyć, nowoczesne terapie i postęp technologiczny. Owszem, nadal budzą respekt, ale nie panikę. Prawdziwy strach czai się gdzie indziej: w strzykawce ze szczepionką, w tabletce antybiotyku lub statyny, w recepcie wypisanej zgodnie z aktualnymi rekomendacjami towarzystw naukowych. Polski pacjent coraz rzadziej boi się choroby, a coraz częściej boi się lekarza. A dokładniej – tego, co lekarz reprezentuje: medycyny opartej na dowodach, chłodnym rachunku zysków i strat. W jej miejsce wkracza medycyna oparta na opowieści, emocji i anegdocie. Mojej koleżanki sąsiadka po szczepieniu… – to zdanie ma dziś większą moc perswazyjną niż wykres Kaplana-Meiera.
Z jednej strony mamy dekady studiów, rezydentur i nieprzespanych nocy nad atlasami anatomii, z drugiej – krótkie, 15-sekundowe wideo na TikToku, w którym młoda dama o nienagannym makijażu przekonuje, że rak to w gruncie rzeczy zakwaszenie organizmu, które da się wypłukać sodą oczyszczoną. Jak to możliwe, że naród, który przetrwał zabory i komunizm, teraz dobrowolnie kapituluje przed algorytmem Facebooka? Bo dzisiejszy lęk pacjenta jest selektywny, by nie rzec – kapryśny. Rak płuc? E tam, dziadek palił Sporty i dożył dziewięćdziesiątki. Zawał serca? Stres, panie doktorze, taka praca. Ale szczepionka na grypę? O, tutaj zaczyna się prawdziwe kino grozy, pełne mrocznych spisków, metali ciężkich i wszytego chipu od Billa Gatesa.
A mityczna lewoskrętna witamina C? To fascynujące, jak termin z zakresu polaryzacji światła, raczej niezrozumiały dla przeciętnego zjadacza chleba, stał się synonimem czystości, natury i buntu przeciwko Big Pharmie. Pacjent, który z pogardą odrzuca darmową mammografię czy kolonoskopię, potrafi wydać połowę pensji na dożylne wlewy z kwasu askorbinowego, wierząc głęboko, że ta prawdziwa witamina posiada niemalże świadomość i potrafi odróżnić komórkę nowotworową od zdrowej niczym wyspecjalizowany komandos.
Problem leży w tym, że w świecie nauki witamina C jest po prostu witaminą C – kwasem L-askorbinowym, który owszem, ma swoją skrętność, ale jest ona zawsze ta sama, niezależnie od tego, czy kupimy ją za pięć złotych w aptece, czy za 500 w klinice witaminowej u kogoś, kto medycynę studiował na YouTube. W erze postprawdy liczy się narracja. A narracja znachora jest znacznie atrakcyjniejsza niż nudny monolog onkologa o statystykach przeżywalności. Znachor oferuje nadzieję, detoks i poczucie bycia przebudzonym; lekarz zaoferuje tylko chemioterapię, po której – jak powszechnie wiadomo w kręgach influencerów – wypadną włosy i pojawią się nudności.
Jeśli przyjrzymy się hierarchii autorytetów współczesnego pacjenta, zauważymy drastyczne spłaszczenie struktury. Kiedyś pacjent bał się ordynatora. Dziś ordynator boi się pacjenta, który doczytał. I nie byłoby w tym nic złego – świadomy pacjent to skarb – gdyby nie fakt, że źródłem tej wiedzy nie są recenzowane czasopisma medyczne, lecz profile osób, których jedyną kwalifikacją do udzielania porad zdrowotnych jest duża liczba obserwujących i umiejętność dopasowania odpowiedniego filtra do zdjęcia.
Influencerzy stali się nowymi kapłanami zdrowia. Ich przekaz jest prosty, emocjonalny i wizualnie piękny. Medycyna konwencjonalna natomiast jest skomplikowana, często bezbronna wobec starości i bywa estetycznie nieatrakcyjna – pachnie płynem do dezynfekcji oraz kojarzy się z kolejką do NFZ. Nic dziwnego, że pacjent woli uwierzyć pani, która poleca plasterki oczyszczające z toksyn, niż lekarzowi, który każe mu po prostu rzucić palenie i zacząć biegać. Profilaktyka jest nudna. Suplementacja w kolorowym opakowaniu to styl życia. Zjawisko to można nazwać chemiofobią wybiórczą. Pacjent z przerażeniem czyta ulotkę antybiotyku lub statyny, analizując rzadkie skutki uboczne z taką uwagą, jakby to był wyrok śmierci. Biegunka? Bóle mięśni? Ja tej trucizny nie wezmę! Ten sam pacjent wieczorem wypija butelkę wina, zagryza ją wysokoprzetworzoną wędliną i pali papierosa, dostarczając sobie koktajlu substancji, przy których przeciętny lek przeciwzapalny wygląda jak nektar bogów.
Oto mechanizm wyparcia w czystej postaci, połączony z błędnym rozumieniem naturalności. Rak jest naturalny. Muchomor jest bio, organiczny i wegański. Ale w umyśle współczesnego pacjenta zaszła groźna pomyłka: wszystko, co wyjdzie z laboratorium, bywa podejrzane, a wszystko, co urosło w ziemi (lub co pan w lnianej koszuli nazwał „darem natury”), jest bezpieczne. To dlatego łatwiej jest sprzedać Polakowi suplement diety na wsparcie wątroby, niż przekonać go do abstynencji. Zmiana trybu życia to pokuta, na którą nikt nie ma ochoty.
Dlatego kiedy pacjent wchodzi do gabinetu, w jego głowie huczy chór głosów z grup na Facebooku: Mojej szwagierce nie pomogło, Lekarze chcą nas truć, Sprawdź metodę dr. X (który stracił prawo wykonywania zawodu). Język medycyny, oparty na prawdopodobieństwie, niepewności i żmudnej analizie, przegrywa z językiem dogmatu. Znachor mówi: Wyleczę cię na 100 proc. Wy mówicie: Statystycznie mamy 70 proc. szans na remisję, jeśli zastosujemy ten protokół. Dla przestraszonego człowieka 100 proc. znachora brzmi lepiej niż 70 naukowca, nawet jeśli to 100 jest bezczelnym kłamstwem.
Jesteśmy świadkami kryzysu zaufania, który nie wynika z braku wiedzy, ale z jej nadmiaru – nieprzefiltrowanego, chaotycznego i podanego w atrakcyjnej formie. Pacjent boi się szczepienia, bo widział zdjęcie dziecka z wysypką opatrzone dramatycznym podpisem. Nie boi się tężca, bo nigdy nie widział człowieka umierającego w konwulsjach – i to jest największe zwycięstwo i zarazem największa klęska współczesnej medycyny. Skuteczność szczepień wymazała z naszej zbiorowej pamięci obrazy chorób, które kiedyś dziesiątkowały populację, zostawiając miejsce na lęki przed samą profilaktyką.
Czy jest ratunek dla polskiego pacjenta, który bardziej niż zawału boi się glutenu, a bardziej niż raka – mammografii? Nie wystarczy już być świetnym diagnostą; trzeba stać się także – o zgrozo – sprawnym narratorem. Lekarze muszą odzyskać przestrzeń w wyobraźni pacjenta. Muszą przestać być tylko „urzędnikami od recept” i stać się przewodnikami po świecie, w którym informacja jest tania, ale mądrość – droższa niż kiedykolwiek. Trzeba uczyć, ale bez wyższości i bez protekcjonalnego tonu, który wielu zniechęca do białych fartuchów. Sarkazm, choć bywa oczyszczający w rozmowach w pokoju lekarskim, w kontakcie z pacjentem często tylko pogłębia mur.
Strachy na Lachy? Może i tak, ale te Lachy są dziś uzbrojone w smartfony i święte przekonanie o swojej nieomylności. Dopóki nie zrozumiemy, że pacjent nie boi się leku, tylko utraty kontroli, będziemy przegrywać z każdym kolejnym cudownym suplementem z lewoskrętną witaminą C. I choć brzmi to jak scenariusz komedii pomyłek, dla wielu pacjentów ten spektakl kończy się tragicznie – nie z powodu braku możliwości medycyny, ale z powodu wiary w mity, które miały ich przed nią ochronić.