Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. licencja OIL w Warszawie
Autor: Paweł Walewski
W epoce influencerów od fitnessu zdrowie stało się projektem do wykonania. A projekt, jak wiadomo, można zawsze jeszcze trochę poprawić.
Mężczyzna siedzi naprzeciwko lekarza i wyciąga telefon. Nie pokazuje wyniku rezonansu ani morfologii. Pokazuje aplikację – a właściwie listę kilkunastu, czasem kilkudziesięciu pozycji, jakby właśnie reklamował stan posiadania sklepu zielarsko-medycznego. Pyta o dietę, białko, testosteron, kreatynę. Potem o peptydy. Czasem o coś na regenerację, co pozwoli szybciej spalić tłuszcz, ale nie stracić mięśni. W końcu pada pytanie zasadnicze: czy można to wszystko brać razem?
To „wszystko” potrafi być imponujące. Białko w proszku, kreatyna, magnez, witamina D, omega-3, elektrolity, kolagen, cynk, ashwagandha, kofeina, pre-workout, post-workout, coś na sen i na testosteron albo jeszcze „na kortyzol”. A kiedy suplementacja przestaje wystarczać, pojawiają się środki, których nazwy brzmią jak kod produktu w laboratorium: SARM-y, analogi hormonów, preparaty mające wpływać na hormon wzrostu i gospodarkę metaboliczną.
Dla lekarza przyjmującego w polskim gabinecie – czy to internisty, urologa, czy kardiologa – ta kulturowa zmiana nie jest teoretyczną dywagacją z zakresu socjologii medycyny. To konkretny pacjent. Ma 24 lata, perfekcyjnie zarysowaną muskulaturę, zegarek monitorujący zmienność rytmu zatokowego z dokładnością do milisekundy i ten telefon – najważniejszy gadżet samokontroli. Ktoś taki zjawia się nie po to, by pytać o zdrowie, ale by zareklamować swój własny, starannie wyreżyserowany proces biohackingu. Chce konsultacji, ale wyłącznie w charakterze zatwierdzenia decyzji, które podjął po wysłuchaniu wywodu 30-letniego eksperta od długowieczności z Teksasu.
Tak oto wkroczyliśmy w erę, w której gabinet lekarski przestaje być świątynią wiedzy medycznej, a staje się okienkiem reklamacyjnym dla cyfrowych utopii. Obserwacja fizjologii młodego mężczyzny wymaga najpierw zrozumienia jego religii. A u podstaw tej dogmatycznej struktury leży proteina. Makroskładnik, który jeszcze pokolenie temu kojarzył się po prostu z kotletem schabowym lub szklanką mleka, dziś urósł do rangi metafizycznego spoiwa egzystencji. W świecie promowanym przez męskich influencerów – od wyznawców diety mięsnej po orędowników czystej kalisteniki – białko przestało być budulcem tkanek. Stało się miarą wartości moralnej. Spożycie dwóch gramów na kilogram masy ciała to absolutne minimum dla kogoś, kto szanuje swoją podwzgórzowo-przysadkową oś. Trzy gramy? Dążenie do doskonałości. Wszystko poniżej interpretowane jest jako prosta droga do spadku libido i intelektualnej stagnacji.
Eksperci od nefrologii i medycyny metabolicznej patrzyć muszą na te tendencje z mieszanką przerażenia dla ignorancji podstawowych praw fizjologii. Młodzieńcy, faszerujący się codziennie kilogramami piersi z kurczaka, szejkami białkowymi i batonami proteinowymi o smaku słonego karmelu, zapominają o drobnych szczegółach architektonicznych własnego organizmu. Bo gdy do gabinetu trafia dwudziestoparolatek z podwyższonym poziomem stężenia mocznika i kreatyniny, rzadko można u niego podejrzewać pierwotne kłębuszkowe zapalenie nerek. Częściej jest to efekt trwającego od pół roku eksperymentu żywieniowego, w którym warzywa uznano za antyodżywcze, a szklanka wody została zastąpiona napojem z ekstraktem z różowej soli himalajskiej i BCAA.
Jeszcze kilka lat temu takie skróty – BPC-157 lub CJC-1295 – rezerwowane były dla wąskiego grona badaczy; dziś te sekwencje aminokwasów są odmieniane przez wszystkie przypadki na siłowniach, forach internetowych i w prywatnych wiadomościach na Instagramie. Inżynieria tkankowa w wydaniu domowym stała się nowym symbolem statusu. Promowana jest jako panaceum na wszystko: od naciągniętego ścięgna Achillesa, przez nieszczelne jelito, aż po stany lękowe. Z kolei peptydy uwalniające hormon wzrostu mają gwarantować wieczną młodość, niski poziom tkanki tłuszczowej i regenerację w cztery godziny głębokiego snu.
Z punktu widzenia dowodów naukowych większość tych substancji znajduje się w fazie badań przedklinicznych lub posiada znikome, często metodologicznie słabe próby kliniczne. Wiele z nich opatrzonych zostało klauzulą „Product for research use only” (Produkt wyłącznie do celów badawczych). Nie stanowi to jednak problemu, by ściągnąć je do własnej lodówki.
Trudno zrozumieć skalę tego zjawiska bez przyjrzenia się mechanice mediów społecznościowych. Algorytmy nie promują umiaru. Umiar jest nudny, nie generuje wyświetleń i nie sprzedaje kodów rabatowych na suplementy. Promują natomiast skrajność.
Wzorzec nowoczesnego hipermężczyzny opiera się więc na ciągłej gotowości bojowej. Przewlekły stres związany z narzuconym rygorem treningowym oraz drastyczną restrykcją kaloryczną prowadzi do permanentnie podwyższonego poziomu kortyzolu. Młody człowiek trafia w błędne koło: im bardziej stara się wyglądać i zachowywać jak okaz samca alfa, tym szybciej jego własny układ endokrynologiczny odmówi posłuszeństwa.
Dla czytelników „Pulsu” najtrudniejszym aspektem tej nowej mody jest zmiana relacji pacjent – lekarz. Współczesny młody mężczyzna trafia do gabinetu uzbrojony w komplet badań, których wartości często nie potrafi zinterpretować w kontekście klinicznym, ale które traktuje jak wyrok. Oto wybrane sceny z codziennego teatru medycznego:
Pomiary kortyzolu ze śliny o czterech porach dnia – pacjent analizuje krzywą wykrzyknikiem i domaga się leczenia „zmęczenia nadnerczy” (jednostki chorobowej niespełniającej kryteriów medycyny opartej na faktach).
Oznaczanie poziomu SHBG i wolnego testosteronu – interpretowane bez uwzględnienia wahań dobowych, poziomu białka całkowitego czy po prostu stanu ogólnego pacjenta.
Profil lipidowy – pacjent z apolipoproteiną B (ApoB) na poziomie wskazującym na wysokie ryzyko sercowo-naczyniowe bagatelizuje wynik, ponieważ w internetowym podcaście usłyszał, że „cholesterol to kłamstwo przemysłu farmaceutycznego”, a jedynym miernikiem zdrowia jest poziom insuliny na czczo.
W tej sytuacji lekarz powinien przestać być diagnostą i przeobrazić się w tłumacza, który spędzi 20 minut (z 15-minutowej wizyty) na prostowanie mitów wykreowanych przez ludzi, których jedyną kwalifikacją jest umiejętność dobrego doświetlenia klatki piersiowej na filmie w serwisie YouTube.
Nie łudźmy się: kult męskości zorientowany na absolutną kontrolę nad własną biologią nie jest zjawiskiem tymczasowym. To odpowiedź na głębszy kryzys tożsamościowy. W świecie, który stał się nieprzewidywalny, w którym ścieżki zawodowe są niestabilne, a relacje społeczne ulotne, ciało pozostaje ostatnim bastionem, nad którym młody mężczyzna wydaje się mieć pełną kontrolę. Jeśli zje odliczone 220 gramów białka, wykona trening o odpowiedniej objętości, przyjmie peptyd BPC-157, w swoim wyobrażeniu osiągnie stan doskonały. To iluzja, za którą cenę wystawia sama fizjologia. Jest nią często przedwczesne zużycie układu krążenia, uszkodzenia narządów wewnętrznych, zaburzenia płodności oraz głębokie zaburzenia psychiczne z kręgu dysmorfofobii.
Dla środowiska medycznego wyzwanie polega na znalezieniu języka, który pozwoli dotrzeć do tych ludzi. Lekarz nie musi być psychoterapeutą ani krytykiem subkultury. Powinien jednak rozpoznawać sytuację, w której zachowania prozdrowotne zaczynają przybierać formę wynaturzenia. Tradycyjny paternalizm (Proszę to odstawić, bo to panu szkodzi) już nie działa. Wywołuje jedynie reakcję obronną i ucieczkę w jeszcze głębsze czeluści internetowej szarlatanerii. Potrzebna jest precyzyjna, oparta na faktach edukacja, połączona z odrobiną zdrowego sarkazmu, który potrafi rozbroić napuszony ton męskich autorytetów z mediów społecznościowych.
Lekarze w Polsce muszą przygotować się na to, że pacjent „zoptymalizowany” (słowo odmieniane na wiele sposobów ze słownika medycznych znachorów) stanie się stałym elementem ich krajobrazu zawodowego. Warto zatem poznać jego język, zrozumieć lęki i mieć pod ręką argumenty szybsze niż czas reakcji po zażyciu wysoce stymulującej przedtreningówki. Ponieważ pod warstwą twardego bicepsu i peptydowej pewności siebie niejednokrotnie kryje się po prostu przerażony dwudziestolatek, który uwierzył, że musi być półbogiem, by zasłużyć na własną akceptację.