Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. Jan van der Wolf / Pexels
Autor: Jerzy Bralczyk
W kwietniu na tapet bierzemy słowo „samorząd”.
W dużym słowniku języka polskiego z połowy XIX w., zwanym wileńskim lub Orgelbranda, nie ma hasła samorząd. Jest samorządca (‘człowiek, który sam jeden włada, jedynowładca, samowładca’) i samorządczyni (!), jest samorządność (‘samowładność, prawo rządzenia się sobą, niepodległość, udzielność’) i samorządny (‘mający prawo samorządności, niepodległy, udzielny’). Samorządność (i samorządny) wiąże się, jak widać, z czymś pozytywnym (‘niepodległość’), ale samorządca – raczej z negatywnym (‘samowładność’). W pół wieku późniejszym słowniku zwanym warszawskim samorząd już jest, definiowany jako ‘ustrój administracyjny, według którego obywatele miasta lub gminy rządzą się sami u siebie; autonomia’. I to odbieramy pozytywnie. Wielki słownik Doroszewskiego po kolejnym półwieczu opisuje samorząd jako ‘system organizacji i zarządzania polegający na tym, że grupa ludzi samodzielnie kieruje swą działalnością według ustalonych przez siebie lub nadanych zasad, za pośrednictwem wybranych przez siebie organów’. Jak widzimy, trochę ostrożniej, wskazuje się tu, że zasady mogą być nadane, a pośrednictwo wyraźne. Inne znaczenie słowa tu podane to ‘osoby sprawujące władzę w tym zakresie’. Po następnym półwieczu słownik PWN zwany uniwersalnym podaje dwa znaczenia słowa samorząd: ‘samodzielne i niezależne wykonywanie pewnych funkcji o charakterze administracyjnym przez określony organizm społeczny’ i ‘osoby sprawujące takie funkcje’. Dziś pojmujemy samorząd jako rodzaj instytucji, jako organ władzy, więc także jako zbiór ludzi stanowiących ten organ.
W tych definicjach wskazuje się na niezależność (choć czasem ograniczoną) i na władzę. Raz to system, raz ustrój, innym razem – czynność i ludzie. W naszym języku te same słowa oznaczają nieraz tak różne kategorie.
Tak jest i ze słowami zawierającymi cząstkę samo-. Jest ich u nas wiele, koło setki odnotowały słowniki, a możemy tworzyć ich więcej jeszcze. Niektóre utrwaliły się w języku tak, że nie odczytujemy już znaczenia tej cząstki. Wiele z nich ma charakter pozytywny (samodzielność, samokrytycyzm, samokształcenie, samoświadomość, samopomoc), inne nazywają coś, co raczej jest negatywne (samobójstwo, samozachwyt, samosąd, samolubstwo). Dotyczą albo ludzkich cech, albo działań ludzi i grup. W każdym razie przeważnie wartościują, pokazują, co nam się podoba, co nie. A czasem odniesienia są podobne, zakres znaczeniowy zbliżony – różne zaś konotacje.
Samowola nam się nie podoba, ale samodzielność jak najbardziej. Samosąd jest niedobry, bo poza prawem, ale samoobrona jest usprawiedliwiona, nawet wskazana. Samobiczowanie – złe, samodyscyplina – dobrze. I wreszcie to, co najbardziej samo- z tej rodziny – samotność. Bardzo rzadko ją lubimy, jesteśmy w końcu istotami społecznymi.
I ta społeczność, także sama dla siebie, może tworzyć akceptowane zachowania czy instytucje. Samorządność, a za nią i samorząd, kojarzą nam się dobrze. Sugerują brak narzuconych nakazów i ograniczeń albo co najmniej ograniczoną ich liczbę. Samorząd podoba się nam jednak w znacznej mierze dlatego, że jest jakoś usankcjonowany. I że w swojej samodzielności się samoogranicza. Choć z kolei nadmierna instytucjonalizacja, jak w połączeniu instytucja samorządowa – już trochę tę jednoznaczną akceptację redukuje.
Ustrój, system, instytucja, ludzie, działanie – do tych wszystkich bytów odnosi się wyraz samorząd. I we wszystkich odniesieniach budzi z zasady pozytywne skojarzenia. Po części dlatego, że możemy, a nawet powinniśmy widzieć w samorządzie nas samych, samych siebie. Sami go wybieramy…