Nie masz konta? Zarejestruj się
Autor: Magdalena Flaga–Łuczkiewicz
Pamiętam dziwne uczucie, gdy wśród moich pacjentów (a przyjmuję tylko osoby dorosłe) zaczęły pojawiać się osoby z numerem PESEL zaczynającym się od dwóch zer. Niepostrzeżenie stałam się postacią z innej epoki, choć wciąż nie czuję się przecież staro. A osoby urodzone w roku 2000 właśnie kończą studia medyczne i lada chwila zaczną nas leczyć!
Natrafiłam ostatnio przypadkiem na zestawienia zdjęć ludzi w tym samym wieku, dzisiejszych i tych sprzed kilkudziesięciu lat. Zadziwiająca różnica! A pamiętacie filmowego Czterdziestolatka? Był panem w średnim wieku, z poważnym wąsem, ubierającym się i zachowującym, jak na statecznego człowieka przystało. Obecni czterdziestolatkowie wydają się młodsi zarówno duchem, jak i wyglądem. Kiedyś kobieta rodząca pierwsze dziecko po trzydziestce była późną mamą, dziś nikogo to nie dziwi, a zdarzają się i pierworódki po czterdziestce. Rodzi się – nomen omen – pytanie, kiedy człowiek XXI wieku przestaje być młody?
Dużo mówi się o kryzysie kondycji psychicznej młodych – o młodzieży, której pandemia odebrała szkolne relacje, o nieobecnych rodzicach i wszechobecnym wirtualnym świecie, o bezstresowym wychowaniu, helikopterowym rodzicielstwie, małej odporności psychicznej młodych ludzi, o świecie, w którym poczucie bezpieczeństwa burzą kryzysy geopolityczne, gospodarcze i klimatyczne. Albo że być może prawdziwe jest powiedzenie, że ciężkie czasy kształtują silnych ludzi, którzy kreują dobre czasy, w których z kolei wyrastają słabi ludzie. Młodzi dorośli między 18. a 25. rokiem życia mierzą się z tzw. kryzysem ćwierćwiecza (ang. quarter life crisis), lękiem o przyszłość zawodową i prywatną, poczuciem osamotnienia i wypalenia, presją. Pojawiają się używki, uzależnienia behawioralne, ryzykowne zachowania. Bogata z pozoru sieć kontaktów niekoniecznie jest źródłem realnego wsparcia i poczucia przynależności, relacje rodzinne bywają rozluźnione i trudne, a przyszłość dzisiejszego świata niepewna. Ponieważ nie czuję się wystarczająco kompetentna w zakresie socjologii, polityki, ekonomii czy ekologii, nie podejmę się głębszej analizy zjawisk wchodzących w zakres tych dziedzin. (Na marginesie: gdy czytam czasem wywody różnej maści ekspertów niemających nic wspólnego z naukami medycznymi, którzy wypowiadają się na temat zdrowia i metod leczenia, to zaczynam się zastanawiać, czy wprowadzony niedawno w Chinach zakaz wypowiadania się publicznie na tematy, w których nie ma się potwierdzonych kompetencji, nie jest w gruncie rzeczy sensowny).
Mogę za to opowiedzieć o tym, co widzę i słyszę w gabinecie, gdy trafiają do mnie uczniowie klas maturalnych i studenci. Czy jest ich wielu? Mam wrażenie, że coraz więcej, jednak nie wynika to chyba tylko ze wzrostu częstości zaburzeń psychicznych wśród młodych. Młodsze pokolenie zadziwia swoją świadomością i otwartością na tematy zdrowia psychicznego. Ze złamaną nogą zgłoszą się do ortopedy, z kołataniem serca do kardiologa, z trądzikiem do dermatologa, a z objawami lękowymi do psychiatry. Korzystanie z pomocy psychiatry czy psychologa nie jest stygmatyzowane w takim stopniu jak kiedyś ani traktowane jak coś niezwykłego. Źle się czuję psychicznie, więc idę do specjalisty. Nastolatkom zdarza się wprost komunikować rodzicom, że chcą się zapisać do lekarza.
Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat są wizyty, na które zgłaszają się pacjenci nie w wyraźnym kryzysie zdrowia psychicznego, ale po to, by porozmawiać o zastanawiających ich cechach osobowości, zachowania czy reagowania na bodźce, zweryfikować swoje hipotezy odnośnie do potencjalnych rozpoznań (np. spektrum autyzmu), poradzić się co do najlepszego wyboru nurtu i formy psychoterapii. Młodzi ludzie nie pamiętają czasów bez internetu, często świetnie znają angielski, mają sporą wiedzę na temat zaburzeń psychicznych, ich objawów i leczenia (co prawda nie zawsze ze zweryfikowanych naukowo źródeł) i bywają bardzo dociekliwi. W świecie, w którym do każdej osoby, także autorytetu czy idola, można po prostu napisać na komunikatorze i nawiązać konwersację, panuje demokratyczna równość, a lekarz nie jest omnipotentną figurą skąpaną w blasku niedostępnej maluczkim wiedzy, tylko partnerem, z którym przedyskutowuje się kwestie swojego zdrowia, korzystając z jego eksperckiej opinii bynajmniej nie bezkrytycznie. Czy my, dinozaury z ubiegłego wieku, jesteśmy gotowi na takie relacje z pacjentami?
Psycholodzy społeczni i eksperci zarządzania opisują charakterystyczne dla kolejnych pokoleń cechy, zachowania, spojrzenie na świat, sposób wchodzenia w relacje. Pojawiają się instrukcje, jak boomersi, pokolenie X, milenialsi, igreki, płatki śniegu itd. mogą się zrozumieć i współpracować ze sobą, bo bywa to wyzwaniem. Jesteśmy świadkami i uczestnikami ścierania się pokoleń na co dzień w dyżurkach i gabinetach, gdy wzajemne oczekiwania i style komunikacji się zderzają. Kiedyś to były czasy! spotyka się z dyskretnym wywracaniem oczami, pracoholizm z obsesyjnym dbaniem o work-life balance, bezpośrednie, skracające dystans podejście do innych z feudalnymi tradycjami, lęk przed krytyką z bezpardonowym dawaniem informacji zwrotnych, beztroska z nadodpowiedzialnością. Różnorodność pokoleniowa może być źródłem trudności i konfliktów w zespole, jeśli jego członkowie traktują ją jak przeszkodę na drodze do idealizowanej homogeniczności grupy. Pielęgnowanie żalu, złości, urazy i pretensji rodzi podziały, w atmosferze wrogości trudno o dialog. Tymczasem od dawna wiadomo, że jednorodne grupy tkwią w stagnacji i hamują rozwój, a różnorodność jest kluczowa, by zespół mógł rozkwitać. Gdy udaje się stworzyć atmosferę otwartości, szacunku i życzliwości, członkowie zespołu zaczynają się uzupełniać, uczą się od siebie nawzajem, bo nagle okazuje się, że każdy ma coś cennego do zaoferowania. Dobre funkcjonowanie grupy sprzyja rozwojowi jednostek. Wszyscy wygrywają! Pozostaje tylko wdrożyć tę strategię we wszystkich miejscach pracy i nasz świat będzie wspanialszy. Zaraz, zaraz… tylko jak tego dokonać?
Co jest dla mnie wyzwaniem w relacjach z osobami stojącymi u progu dorosłości? Czy udaje mi się ich naprawdę wysłuchać i zrozumieć, zobaczyć świat i samą siebie ich oczami? Czy nie przybieram postawy „starego zgreda”, który wie lepiej? Co mogę im zaoferować i czego się od nich nauczyć? Czy spotkamy się gdzieś pośrodku tej magicznej przestrzeni między nami, zwanej relacją? I jak to spotkanie może nas zmienić?