Nie masz konta? Zarejestruj się
fot. Natalie Bond / Pexels
Autor: Małgorzata Solecka
Jeśli w ochronie zdrowia można wskazać jakiś niekwestionowany sukces ostatnich lat, to bez wątpienia jest to finansowanie programu in vitro. Błyskawiczne uchwalenie ustawy, które wydarzyło się na początku kadencji, budowanie ramowych rozwiązań i uruchomienie programu w połowie 2024 r. przyniosło już ponad 10 tys. urodzonych dzieci i nadzieję dla kolejnych tysięcy par pragnących zostać rodzicami.
W ustawie zapisano, że co roku rząd przeznaczy na realizację programu 0,5 mld zł. W momencie jego uruchamiania padały jednak obietnice – m.in. z ust ówczesnej minister zdrowia Izabeli Leszczyny – że jeśli będą potrzeby, znajdą się dodatkowe środki. Bardzo szybko okazało się, że potrzeby rzeczywiście są – już pod koniec ub.r. rząd musiał znaleźć dodatkowe 100 mln zł, a i tak pieniędzy nie wystarczyło, by zapłacić w pełni wszystkim ośrodkom za całość zrealizowanych procedur.
W styczniu, podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia, bardzo wyraźnie wybrzmiał postulat zwiększenia poziomu finansowania do 800 mln zł, co – zdaniem ekspertów i strony społecznej – zaspokoiłoby obecny poziom potrzeb. Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski nie dawał jednak większych nadziei, że takie pieniądze się znajdą. Jak mówił, wyzwaniem będzie utrzymanie ubiegłorocznego poziomu finansowania (czyli 600 mln zł).
W rozmowach kuluarowych nie kryto rozczarowania, ale też zdziwienia. Pojawiły się opinie, że choć sytuacja finansowa systemu ochrony zdrowia jest rzeczywiście skomplikowana, trudna, kryzysowa, dodatkowe 200 mln zł to nie są środki, których by rząd (minister zdrowia) nie mógł znaleźć, a chodzi o program flagowy, którym rząd Donalda Tuska i premier osobiście chwali się (słusznie) przy każdej możliwej okazji. Zasadne zaczęło wydawać się pytanie, czy obecne kierownictwo resortu zdrowia traktuje program tak priorytetowo jak poprzednicy.
Zwłaszcza że faktyczna odmowa złożenia nawet miękkiej obietnicy zwiększenia finansowania okazała się dopiero początkiem zawirowań wokół programu. Pod koniec lutego media nagłośniły problem z jego tegorocznym finansowaniem: mimo zabezpieczenia środków w budżecie resortu zdrowia ośrodki zakwalifikowane do programu dopiero 26 lutego dowiedziały się, jakimi kwotami będą dysponować w 2026 r. Przez dwa miesiące nie tylko funkcjonowały bez umów, ale też kredytowały program, nie chcąc narażać pacjentów na opóźnienia procedur (które, jak podkreślają specjaliści, mogą realnie zmniejszyć szanse na powodzenie leczenia).
W ślad za tymi informacjami przyszła kolejna – ze stanowiskiem pożegnała się dyrektor Departamentu Równości w Zdrowiu Dagmara Korbasińska-Chwedczuk, która w rozmowie z dziennikarzami branżowymi mówiła o trudnościach komunikacyjnych z nadzorującym departament wiceministrem, czyli Katarzyną Kęcką.
Na dziś wiadomo, że ośrodki prowadzące program nie tylko muszą czekać na pieniądze, ale przynajmniej niektóre otrzymają ich planowo mniej niż rok wcześniej. Dotyczy to m.in. jednej z niewielu publicznych placówek, które uczestniczą w programie.
Notabene, podczas styczniowej dyskusji o sytuację publicznych podmiotów pytał Janusz Cieszyński (PiS), poddając pod rozwagę potrzebę ich wzmacniania wobec dominujących podmiotów prywatnych, które są zdecydowanymi beneficjentami programu. Jednak decyzje, jakie zapadają, nie świadczą bynajmniej, by resort zdrowia podzielał opinię posła opozycji.
Na przełomie lutego i marca Warszawski Szpital Południowy, jedna z poszkodowanych w podziale środków placówek, zdecydowanie zaprotestował przeciw zmniejszeniu środków, jakie w ramach rządowego programu in vitro przyznano mu na leczenie niepłodności, podkreślając, że zaplanowany przez MZ podział pieniędzy jest niesprawiedliwy: z przeznaczonych na program 600 mln zł ośrodki publiczne otrzymały zaledwie 21 mln zł. Sam szpital otrzymał na 2026 r. 5 798 192,4 zł, czyli o 2 484 939,6 zł środków mniej niż w roku ubiegłym (w 2025 r. – 8 283 132 zł).
Ośrodek ten (pierwsze w Polsce samorządowe centrum in vitro) nie ukrywa zaniepokojenia i rozczarowania. – Nam – placówce publicznej – ograniczono rozwój, natomiast postawiono na ośrodki prywatne. Zmniejszenie przyznanych środków nie pozwoli wykorzystać potencjału, jaki mamy, i każe odesłać pacjentów, którzy są już z nami w kontakcie, bo pragną zostać rodzicami, korzystając ze wsparcia publicznej placówki, która gwarantuje im pełną opiekę od poczęcia do narodzin – czytamy w piśmie.
Oficjalna odpowiedź resortu na wszystkie doniesienia dotyczące perturbacji wokół finansowania in vitro? – Program jest stabilny, finansowanie zabezpieczone, a jego nadrzędnym celem pozostaje jedno: realne wsparcie par w drodze do rodzicielstwa oraz poczucie bezpieczeństwa przyszłych rodziców.