Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

fot. licencja OIL w Warszawie

Publicystyka 26.08.2026 r.

Złapani w sieć

Autor: Paweł Walewski

Dzieci dorastają dzisiaj w świecie internetu i mediów społecznościowych. Od kogo zależy, by w tym cyfrowym świecie nie zalajkowały się na śmierć?

P ocząwszy od września tego roku polskie szkoły podstawowe mają stać się oazami analogowego spokoju. Ministerstwo Edukacji z właściwym sobie triumfalizmem wprowadza ograniczenia korzystania z telefonów komórkowych w placówkach edukacyjnych. Scenariusz malowany przez urzędników jest urzekająco prosty – oto uczeń przekracza próg szkoły, dobrowolnie deponuje swój cyfrowy substytut wolności, po czym radośnie powraca do spontanicznej zabawy na korytarzu, wspinania się na drzewa i budowania charakteru przez zdrowe, analogowe upadki. Politycy uwierzyli, że jednym pociągnięciem zlikwidują trwający od lat, wielowymiarowy kryzys zdrowia psychicznego młodego pokolenia. A zrobili to z miną strażaków gaszących pożar, który sami przez lata obserwowali z bezpiecznej odległości.

Wreszcie – powiedzą jedni. Zbyt późno – westchną drudzy. A jeszcze inni zaczną się zastanawiać, czy przypadkiem nie próbujemy leczyć zapalenia płuc plastrem. Bo jeśli wierzyć raportowi „Internet dzieci 2026”, przygotowanemu przez Fundację Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, cyfrowa rzeczywistość nie jest już dodatkiem do dzieciństwa. Ona dzieciństwo po prostu skolonizowała. Smartfon to ani gadżet, ani telefon. Jest przepustką do grupy, pamiętnikiem, lustrem, sceną, gabinetem kosmetycznym, automatem z dopaminą, a czasem również psychoterapeutą. Z internetu korzysta 2,6 mln dzieci w wieku 7–14 lat (to ponad 80 proc. tej grupy). Średnio spędzają online 4 godziny i 25 minut dziennie. TikTok pożera 29 proc. tego czasu, YouTube – 22 proc. Aż 32 proc. dzieci w tym wieku miało kontakt z treściami pornograficznymi. Ponad milion spotkało się z reklamami alkoholu w social mediach. Treści edukacyjne? Ledwie 1 proc. całego czasu online.

Zakaz w szkole brzmi więc atrakcyjnie. Tak jak pomysł, by walczyć z epidemią otyłości poprzez zamknięcie szkolnego sklepiku, podczas gdy tuż za bramą czeka galeria handlowa z trzema fast foodami. To nie znaczy, że zakaz jest zły. Problem polega na tym, że zbyt łatwo uwierzyć, iż będzie wystarczający.

Najlepszym dowodem jest Australia, która była pierwszym krajem, gdzie postanowiono uderzyć naprawdę mocno i w grudniu 2025 r. wprowadzono zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16 lat. Po pół roku okazało się, że rewolucje mają irytującą właściwość: nie chcą przebiegać zgodnie z planem. Miliony kont wprawdzie zniknęły, lecz ok. siedmiu na dziesięciu rodziców przyznało, że ich dzieci nadal korzystają z tych samych platform. Regulatorzy rozpoczęli postępowania wobec największych firm technologicznych, rząd podniósł kary finansowe, a premier zarzucił big techowi, że robi „absolutne minimum”. Najbardziej zapadły jednak w pamięć słowa australijskiej komisarz ds. bezpieczeństwa w sieci Julie Inman Grant, która stwierdziła, że egzekwowanie nowych przepisów przypomina… ogradzanie oceanu. To zdanie warto powiesić nad biurkiem każdego ministra edukacji, bo prawdopodobnie będziemy mieli z tym do czynienia również w Polsce.

Internet nie przypomina szkolnego boiska, którego furtkę można zamknąć na klucz. Jest raczej powietrzem, którym oddycha współczesny nastolatek. Jeśli odbierzemy mu telefon podczas lekcji, to odzyska go w autobusie, galerii handlowej, u kolegi, a za chwilę zapewne również w okularach rozszerzonej rzeczywistości. Próba całkowitego odcięcia od sieci przypomina próbę wychowania dziecka w świecie bez elektryczności. I właśnie dlatego dyskusja o smartfonach tak często skręca w ślepą uliczkę. Jonathan Haidt, autor głośnej książki „Niespokojne pokolenie”, przekonuje, że smartfon przeprogramował dzieciństwo. Trudno odmówić mu racji, gdy pokazuje gwałtowny wzrost depresji, zaburzeń lękowych i samookaleczeń zbiegający się z eksplozją mediów społecznościowych. Taka diagnoza działa na wyobraźnię, bo każdy z nas widział nastolatków siedzących razem przy jednym stoliku, którzy zamiast rozmawiać, stukają kciukami w ekrany.

Ale Haidt bywa również niebezpiecznie uwodzicielski, snując opowieść, która wskazuje jednego winnego. Kiedyś telewizja, potem gry komputerowe, teraz smartfon? Problem w tym, że dzieci nie wychowują algorytmy. Nadal wychowują je dorośli. I tu warto posłuchać prof. Aleksandry Lewandowskiej, konsultant krajowej w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży, która zwraca uwagę, że szkodliwy wpływ mediów społecznościowych idzie w parze z kryzysem rodzicielstwa. Wszak dorośli sami zanurzyli się w ekranach. W poradniach widać ich codziennie: siedzą obok dzieci, każde patrzy we własny telefon. Gdy trzynastolatek trafia na oddział psychiatryczny, pierwsze pytanie matki często nie brzmi: Jak mu pomóc?, tylko: Czy będzie mógł mieć telefon? Smartfony stały się w wielu wypadkach emocjonalną protezą całej rodziny.

Na przekór zdrowemu rozsądkowi, który podpowiada, że to nie telefon, ale rozumiana po staremu, spontaniczna zabawa rozwija dziecko w sposób, którego nie zastąpi żadna aplikacja. Aktywność ruchowa angażuje korę ruchową i sensoryczną, uczy rozpoznawania emocji oraz budowania relacji. Żywa obecność drugiego człowieka pozostaje biologicznie niezastępowalna. Tylko kto ma dziś z tym dzieckiem wyjść na podwórko? I dlatego coraz częściej słyszymy historie, które jeszcze dekadę temu wydawałyby się groteską. Trzylatek trafia do specjalisty z powodu opóźnionego rozwoju mowy, ale tablet dostał w drugim roku życia. Mama nadal go karmi, żeby się nie ubrudził, miksuje jedzenie, wyręcza w każdej czynności. Czy winny jest ekran? Pewnie częściowo tak. Ale on nie pojawił się przypadkiem. Ktoś podał go dziecku jako elektroniczny smoczek. Łatwiej przecież kliknąć odtwórz następny film, niż cierpliwie znosić dziecięce marudzenie. Technologia nie stworzyła tego mechanizmu. Jedynie uczyniła go niezwykle wygodnym.

Wspomniany raport „Internet dzieci 2026” pokazuje, że walka z cyfrowym światem przypomina próbę zatrzymania przypływu przy pomocy wiadra. Dla dzisiejszych nastolatków internet nie jest nową technologią, ale raczej środowiskiem naturalnym, jak woda i prąd. Nie da się odłączyć od czegoś, co uzyskało status dobra powszechnego użytku. Dlatego wszelkie apele o „powrót do normalności” brzmią czasem jak nawoływanie do przywrócenia budek telefonicznych.

Dla lekarzy nie jest to abstrakcyjna teoria. Pediatrzy widzą dzieci trafiające do gabinetów po nieprzespanych nocach. Lekarze oddziałów ratunkowych spotykają uczniów, którzy zasłabli po wielogodzinnych sesjach przed ekranami. Okuliści biją na alarm w kwestii epidemii krótkowzroczności. Psychiatrzy obserwują narastające problemy z lękiem społecznym, izolacją i obniżonym nastrojem. Coraz więcej nastolatków zgłasza trudności w podstawowych kontaktach społecznych. Nie potrafią zagadać do rówieśnika, odezwać się w grupie, rozpocząć rozmowy twarzą w twarz. Komunikatory świetnie uczą wysyłania wiadomości. Znacznie gorzej bycia z drugim człowiekiem.

A przecież rozwój psychiczny nie odbywa się wyłącznie w korze przedczołowej. Odbywa się również na boisku, na szkolnym korytarzu, podczas kłótni z kolegą, wspólnej zabawy, porażki, kompromitacji, pierwszego zakochania i pierwszego odrzucenia. Wszystkich tych doświadczeń, które są czasem nieprzyjemne, ale niezbędne. Haidt trafnie przypomina, że dzieciństwo jest treningiem odporności psychicznej. Problem polega na tym, że współczesny świat jednocześnie nadmiernie chroni dzieci przed realnymi trudnościami i pozostawia je całkowicie bezbronne wobec trudności cyfrowych.

Nie pozwalamy samodzielnie wrócić ze szkoły, ale pozwalamy rozmawiać z nieznajomymi na platformach, których działania nie rozumieją nawet ich twórcy. Trudno o bardziej paradoksalny model wychowania. Jeszcze ciekawszy wydaje się jednak fakt, że internet nie jest wyłącznie zagrożeniem. Badania przywoływane przez ekspertów pokazują, że wielu nastolatków znajduje w mediach społecznościowych wsparcie emocjonalne, poczucie akceptacji, możliwość twórczej ekspresji czy dostęp do wiedzy. Dla części młodych ludzi internet stał się przestrzenią poszukiwania pomocy psychologicznej, edukacji zdrowotnej lub kontaktu z osobami przeżywającymi podobne problemy.

To nie jest argument przeciwko ograniczeniom. To argument przeciwko intelektualnemu lenistwu. Bo jeśli uznamy smartfon za wyłączne źródło zła, przestaniemy zadawać trudniejsze pytania. Dlaczego dzieci uciekają do sieci? Dlaczego relacje cyfrowe bywają atrakcyjniejsze od realnych? Dlaczego tak wielu młodych ludzi mówi o samotności mimo nieustannego kontaktu z innymi? Lekarze wiedzą, że skuteczna terapia zaczyna się od właściwej diagnozy. A diagnoza brzmi: problemem nie jest sam telefon, lecz środowisko, które coraz częściej pozostawia z nim najmłodszych sam na sam.

Zakaz w szkołach może okazać się potrzebnym sygnałem i ograniczyć rozpraszanie podczas lekcji albo pomóc odzyskać część szkolnej przestrzeni dla rozmowy lub ruchu. Nie powinniśmy jednak oczekiwać cudów. Australia już pokazała, jak trudno egzekwować podobne rozwiązania. Jeśli dzieci nadal funkcjonują w kulturze permanentnego podłączenia, sam zakaz przypomina przesuwanie mebli w domu, którego fundamenty zaczynają pękać.

Dlatego prawdziwe wyzwanie nie dotyczy smartfonów. Dotyczy dorosłych: rodziców, którzy muszą nauczyć się być bardziej interesujący niż algorytm TikToka; nauczycieli, którzy powinni uczyć kompetencji emocjonalnych równie intensywnie jak matematyki; lekarzy, którzy coraz częściej stają się pierwszymi świadkami skutków cyfrowego przeciążenia. No i polityków, którzy muszą zrozumieć, że żadna ustawa nie zastąpi wychowania. Bo najłatwiej zabrać dziecku telefon, ale trudniej sprawić, by po jego odłożeniu miało do czego wrócić.

Paweł Walewski

Autor: Paweł Walewski

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.