Logowanie do profilu lekarza

Przez login.gov

kradzież wizerunku do reklamy w internecie - wywiad z prof. Jerzym Szaflikiem

fot. Tima Miroshnichenko / Pexels

Publicystyka 29.09.2026 r.

Złodzieje wizerunku

Autor: Aleksandra Sokalska

Dezinformacja i deepfake nie godzą wyłącznie w pacjentów, ale także w lekarzy. Z całą brutalnością przekonał się o tym prof. dr hab. n. med. Jerzy Szaflik, wybitny okulista z niezwykłym dorobkiem naukowym, któremu przyszło zmierzyć się z siłą platform cyfrowych i bezsilnością prawa.

Panie profesorze, czy w ciągu ponad 50 lat kariery zawodowej wystąpił pan kiedykolwiek w jakiejkolwiek reklamie?

Nigdy nie reklamowałem żadnych leków ani żadnych procedur medycznych. Uważam, że to niewłaściwa forma komunikacji z pacjentem. Czym innym jest informowanie pacjenta o możliwych lekach i sposobach leczenia, a czym innym reklama namawiająca do kupna danego preparatu. Jestem i zawsze byłem takiej formie przeciwny. Z tym większą przykrością odebrałem to, co mnie spotkało.

W jaki sposób dowiedział się pan, że rzekomo reklamuje preparat na poprawę wzroku?

W ub.r. pod koniec lutego zadzwonił do mnie kolega i powiedział, że nasz wspólny znajomy już kupił polecane przeze mnie tabletki. Jeszcze nic nie przeczuwając, zapytałem, jakie. Wtedy okazało się, że te reklamowane rzekomo przeze mnie. Potem zadzwoniła koleżanka żony, dowiedzieć się, czy to prawda, że polecam Oculosin. A wkrótce potem zadzwonił ktoś do kliniki z podobnym pytaniem. W międzyczasie sam znalazłem w internecie reklamy ze mną w roli głównej, co zresztą nie było trudne. W reklamie wykorzystywano m.in. fragmenty autentycznych wywiadów ze mną i materiałów wideo. Na ich podstawie stworzono deepfake – zmontowane materiały z podłożonym, sztucznie wygenerowanym głosem.

Co pan poczuł, widząc się w reklamie?

To było bardzo nieprzyjemne i przykre. I takie mocno kłopotliwe w odbiorze. Wykorzystywanie mojej osoby do oszukiwania pacjentów było dla mnie szalenie deprymujące, bardzo delikatnie rzecz ujmując. Co więcej, później pojawiły się modyfikacje tej reklamy, w których użyto wizerunku Jacka Pawła Szaflika, czyli mojego syna, który też jest profesorem okulistyki.

Jakie kroki podjął pan po stwierdzeniu oszustwa?

Kroki podjęliśmy błyskawicznie. Ja i mój zespół zwróciliśmy się do Mety z prośbą o wyjaśnienia i usunięcie reklam. I faktycznie reklamę zdjęto po jednym czy dwóch dniach, ale już następnego ukazała się podobna, z tym że nie występowałem w niej w fartuchu lekarskim, tylko w koszuli. I znów reklamę zgłosiliśmy do Centrum Pomocy Meta. Robiliśmy to wielokrotnie, ale nadawcy reklamy szybko zmieniali konta i ponownie dokonywali publikacji.

Zgłosił pan sprawę na policję?

Tak, oczywiście. Nie tylko na policję, ale także do prokuratury i zespołu reagowania na incydenty w sieci CERT. Na okoliczność sprawy byłem przesłuchiwany i na policji, i w prokuraturze. Zgłoszenie zostało wysłane także do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Komisji Etyki Reklamy. Poza tym ustalaniem, kto stoi za reklamą i sprzedażą preparatu, zajął się także mój zespół pracowników.

Czy dobrze rozumiem, że sami podjęliście śledztwo?

Tak, chcieliśmy jak najszybciej rozwikłać sprawę. Jednocześnie ciągle monitorowaliśmy sytuację i dokonywaliśmy zgłoszeń natychmiast po pojawieniu się każdej kolejnej reklamy.

Zrobiliśmy nawet zakup kontrolowany. Najpierw po kliknięciu w reklamę musieliśmy zostawić swój numer telefonu. Następnie oddzwonił telemarketer, który obiecywał niezwykłe efekty po zastosowaniu produktu, namawiał na kupno, wywierał presję itp. – po to, by jak najszybciej uzyskać zgodę i dane do wysyłki. W efekcie przyszła do nas paczka z Oculosinem.

Czym ten preparat właściwie jest? Suplementem?

Czym? Suplement – to zbyt wielkie słowo. Teoretycznie składa się z dwóch składników. Ale ani nie wiadomo na pewno, jakich, ani nie są one w żaden sposób sprawdzone.

Czyli rozumiem, że prokuratura tego nie zbadała?

Nie słyszałem, żeby ktoś zainteresował się produktem od strony medycznej. Należy domniemywać, że ten specyfik nie szkodzi. To jest jedyne, co możemy przypuszczać. Natomiast to, że nie pomaga, nie ulega kwestii. Bo nie ma takich możliwości. W ogóle sam przekaz reklamy jest niewiarygodny: jesteś ślepy, ale za dwa tygodnie będziesz widział, biegał, robił wszystko. To takie nachalne i absurdalne!

Udało się ustalić, kto odpowiada za cały proceder?

Po małym śledztwie i sprawdzeniu KRS doszliśmy do firmy, która zajmuje się wysyłką. To była firma polska, mieszcząca się w Białymstoku, która miała powiązania m.in. z innymi podmiotami gospodarczymi, w tym z agencją reklamową, platformami sprzedającymi Oculosin, a także stronami internetowymi stylizowanymi na strony klinik medycznych. Wszystkie te strony prowadziły do podobnych mechanizmów zamówienia produktu. 

W międzyczasie jednak prokuratura umorzyła postępowanie.

Jak to? Przecież odnaleźliście sprawcę.

Prokuratura i policja nie były w stanie udowodnić, że zleceniodawca reklam i sprzedawca to ta sama firma. Trochę tak, jakbym dla przykładu sam zaczął robić reklamy Coca-Coli.

Prawda jest taka, że czasem bardzo trudno udowodnić powiązania, zwłaszcza że firmy zlecające reklamy deepfake teoretycznie mają siedziby poza granicami Polski, np. w Ukrainie, Rosji albo dalekiej Azji, czyli de facto są po prostu fejkowymi podmiotami, które mają swoje konta w Mecie.

Tak na marginesie, firmę wysyłającą preparat Oculosin sprawdziliśmy również w serwisie publikującym opinie o pracodawcach GoWork. Znaleźliśmy komentarze dobitnie poświadczające, że praca w tej firmie w zasadzie polega na tym, że sprzedaje się produkty skamerskie z internetu, głównie starszym, nieświadomym osobom. Przeczytam pani fragment: Sprzedajesz tabletki nieznanego pochodzenia, które mają kupować emeryci, dla których 200 zł to być albo nie być. Albo: Lepiej już sprzedawać ubezpieczenia czy coś innego, bo nawet jak ktoś przepłaca za usługę, to zdrowia swojego nie niszczy. I jeszcze: (…) nie potrafię kłamać, wytrzymałam jeden dzień.

Nie wiem, co powiedzieć. Podziwiam państwa konsekwencję i upór w działaniu.

Problem bezprawnego wykorzystania wizerunku dotyka nie tylko mnie, ale także innych moich kolegów. Musimy działać, nawet jeśli mamy ograniczone możliwości. Podziwiam Rafała Brzoskę, że postanowił się z takim procederem rozprawić. Jestem pełen szacunku i uznania dla jego działań, śledzę je na bieżąco. Co więcej, zgłosiliśmy do niego naszą sprawę, bo chcemy, by wiedział, że ofiarami fake’ów stają się także lekarze.

Podczas konferencji „ZERO tolerancji dla dezinformacji w medycynie!” organizowanej przez izbę rozmawialiśmy m.in. właśnie o trudnościach związanych z procedowaniem spraw dotyczących dezinformacji, a także o ułomności rozwiązań prawnych. Czego, pana zdaniem, najbardziej brakuje, by dezinformacja medyczna nie szerzyła się tak szybko?

Moim zdaniem największym problemem jest Meta. Opowiadanie, że nie mają na taki deepfake metody, jest tylko opowiadaniem... Przecież oni na tym dobrze zarabiają. Dochody z fałszywych reklam i scamu stanowią już 10 proc. całkowitych przychodów firmy. Trudno, żeby chcieli tak łatwo z nich zrezygnować.

Interweniowaliśmy nawet w głównej siedzibie Mety, bo w polskim oddziale twierdzono, że nie mają takich kompetencji. I co? I nic. Co prawda przez jakiś czas reklamy z moim wizerunkiem przestały się pojawiać, ale teraz wróciły. I to w nowej, dłuższej wersji. Przedstawiają najpierw niby mój wykład, a po nim występuje piosenkarz Cugowski, który mówi, że właśnie dzięki preparatowi reklamowanemu przeze mnie odzyskał widzenie. Kilka osób poinformowało mnie o tym: zadzwonił do sekretariatu mój pacjent, dzwoniła koleżanka żony…

To pokazuje z jednej strony szybkość szerzenia się medycznych fake newsów, ale też z drugiej łatwowierność odbiorców. Co można zrobić, by ludzie nie ulegali dezinformacji medycznej?

Trzeba ludzi informować. Państwo, media i każdy inny podmiot powinny to robić w swoim zakresie. Jako klinika także podjęliśmy decyzję, że będziemy starali się rozpowszechniać wiedzę, wytykać dezinformację, by podnieść świadomość ludzi. Mamy zamiar zacząć wysyłać newsletter. Chcemy bronić siebie i naszych pacjentów.

Musimy pamiętać, że wiele oszukanych osób to seniorzy, dla których 200 czy 300 zł nie jest kwotą banalną, tylko bardzo dużym wydatkiem. I choć tyle się mówi o technikach oszukiwania ludzi, seniorzy często takim oszustom ulegają. Mózg człowieka też się starzeje i w pewnym momencie, nawet jeżeli jest obiektywnie sprawny, podlega pewnej łatwości motywowania go w każdą stronę. Kiedy ktoś zadzwoni do starszej osoby i mówi emocjonalnie, zachęcająco, dając ogromną nadzieję na poprawę zdrowia, ona po prostu wierzy.

Nie pomaga też fakt, że alternatywne metody leczenia zyskują coraz większą popularność, a jednocześnie pojawia się kryzys zaufania do medycyny opartej na faktach. Dlaczego pana zdaniem tak się dzieje?

To bardzo ważny temat. Jestem przekonany, że pozycja lekarza od dłuższego czasu dramatycznie spada. Oczywiście temu zjawisku po części są winni także lekarze, przynajmniej niektórzy. Kiedyś, gdy lekarz mówił, to się go słuchało. Dzisiaj nie ma już takiego szacunku do jego słów, nie ma wiary. Pacjent często przeczyta coś w internecie, nie weryfikując źródła, a potem z tą wiedzą staje w kontrze. Poza tym lekarz nie ma czasu na dłuższą rozmowę z pacjentem, na wyjaśnienia, jak wygląda choroba, proces leczenia, ryzyko. A pacjent jest spragniony wysłuchania i rozwiania wątpliwości. Gdy tego nie dostaje, staje się dużo łatwiejszym łupem szarlatana, który wyjaśni mu wszystko, i to w świetlanych barwach.

Brak zaufania do medycyny opartej na faktach wynika także z szerzenia się teorii spiskowych, które przedstawiają lekarzy jako zakładników firm farmaceutycznych. I tak kółko się zamyka: brak zaufania do lekarza implikuje poszukiwania ludzi, którym chce się zaufać, a ufać łatwiej temu, kto mówi, że będziesz zdrowy, piękny i bogaty, a nie lekarzowi niemogącemu tego obiecać.

Czy w takim razie lekarze mogą w ogóle coś zrobić, by ludzie jednak ufali medycynie?

Wyjaśniać, dostosowywać tłumaczenie do poziomu pacjenta. I docierać z rzetelnymi informacjami. Tak jak nasza klinika – choćby w formie newsletterów, informacji na stronie internetowej. Każdy w ramach swoich możliwości. Może to niezbyt dużo. Ale co nam zostało w dobie mediów społecznościowych, w których wpis pani z Instagrama znaczy więcej niż dowody naukowe?

Aleksandra Sokalska

Autor: Aleksandra Sokalska

Treści autora ⟶

załatw sprawę

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, zgodę na ich użycie, oraz akceptację Polityki Prywatności.