Nie masz konta? Zarejestruj się
40-lecie Szpitala Bielańskiego. Zespół lekarski (2001 r.) / fot. archiwum prywatne
Praca w Szpitalu Bielańskim była przez prawie 60 lat treścią mojego życia i trwa we wspomnieniach, stanowiąc tarczę ochronną przed chorobowym zespołem wypalenia zawodowego i starczą depresją.
Druga część wspomnień prof. Bibiany Mossakowskiej
Moja najdawniejsza i pełna wdzięczności pamięć dotyczy prof. Wojciecha Wiechny – znakomitego chirurga, cudownego człowieka, pięknego mężczyzny, najdłużej pracującego z szefów oddziałów chirurgii ogólnej. Zawdzięczam temu Wielkiemu Człowiekowi tak wiele – nie tylko w pracy zawodowej, ale i w życiu osobistym, rodzinnym. Sięgając pamięcią do końca lat 50., jeszcze w Szpitalu Nr 7 na Żoliborzu, kiedy moja matka zachorowała, została natychmiast przyjęta na chirurgię i zoperowana przez ordynatora, wtedy jeszcze docenta Wojciecha Wiechnę. Nigdy nie zapomnę tego, kiedy sam operator na własnych, cudownych rękach przeniósł moją matkę ze stołu operacyjnego na łóżko szpitalne.
Kiedy w 1958 r. zachorował mój syn i przede mną była perspektywa wielomiesięcznego urlopu i przerwy w pracy na chirurgii dziecięcej, pan docent Wojciech Wiechno powiedział: Dziecko, ty nie wytrzymasz na żadnym urlopie, w domu, lecząc tylko swoje dziecko. Niech pani przyjdzie na staż z chirurgii ogólnej i korzysta z nauki tyle, na ile pani będzie mogła się oderwać od rehabilitowania swojego syna. Błogosławiłam pana docenta za tę propozycję i – starając się nie korzystać z przywileju przychodzenia i wychodzenia, kiedy chcę – pracowałam intensywnie, asystując chirurgom przy wielu operacjach.
W tym czasie chirurdzy z remontowanego Instytutu Gruźlicy operowali w Szpitalu Miejskim na Żoliborzu. Pamiętam dobrze operację kardiochirurgiczną wykonywaną w hipotermii przez dr. Feliksa Presser-Turskiego. Te obserwowane cuda sztuki chirurgicznej dawały mi zapomnienie o problemach związanych z chorobą mojego syna.
Na zakończenie stażu na chirurgii w asyście szefa oddziału zoperowałam młodą, szczuplutką nauczycielkę z kamicą woreczka żółciowego. Operacja przeszła sprawnie. Żeby się rana operacyjna dobrze zagoiła, za każdą pierwszą wykonaną operację stawiało się zespołowi chirurgicznemu symboliczny poczęstunek. A że był to okres Świąt Wielkanocnych, postanowiłam, że po raz pierwszy w życiu zrobię mazurka pomarańczowego. Kolega chirurg wyręczył mnie w krojeniu ciasta. Spód mazurka był tak twardy, że spod noża kuchennego wystrzelił na boki, a cała masa pomarańczowa przywarła do ostrza. Spuściłam głowę ze wstydu, a pan docent Wiechno powiedział: Niech pani raczej tylko operuje, a nie bierze się nigdy za pieczenie ciasta. Były to prorocze słowa. Ilekroć potem próbowałam sztuki cukierniczej, to zawsze biszkopt był z zakalcem, szarlotka się rozpadała, drożdżowe nie wyrosło, a kiedy ręcznie wyrabiałam ciasto, to dzwonił telefon i całe zostawało na słuchawce.
Dzięki mojemu największemu dobroczyńcy, wtedy już profesorowi Wojciechowi Wiechnie, zostałam wysłana do Anglii przez Ministerstwo Zdrowia na szkolenie z chirurgii noworodka. Pracowaliśmy wtedy w szpitalu na Bielanach, a ja byłam już specjalistką pierwszego stopnia z chirurgii dziecięcej. To był 1964 r. Po tym stażu w 1965 r. w Szpitalu Bielańskim wykonałam pierwszą w Polsce operację wrodzonego wodogłowia u noworodka.
Kiedy prof. Wojciech Wiechno na początku lat 80. przeszedł do lecznicy Ministerstwa Zdrowia, ordynaturę na chirurgii w Szpitalu Bielańskim objął następny znakomity chirurg, prof. dr hab. Krzysztof Bielecki – chociaż nie uczeń profesora, ale wszechstronnie utalentowany, oddany pacjentom, życzliwy i pomocny wszystkim. Przyjaźnimy się do dziś. Godny podziwu i naśladowania Koncertuje w chórze Surme, jako miłośnik Czarnej Hańczy od lat przewodniczy spływom kajakowym. Będąc już „stypendystą” ZUS, oddycha pełną piersią, pełen zapału, energii, pogody ducha i optymizmu.
Pracując przez przeszło 50 lat w Szpitalu Bielańskim, nie mogłabym nie wspomnieć o bliskiej i bezcennej współpracy z oddziałami pediatrycznymi. W latach 60. w oddziale noworodkowym i patologii noworodka były przeprowadzane, jako jedne z pierwszych w Polsce, transfuzje wymienne krwi u noworodków z konfliktem serologicznym. Rola chirurgów dziecięcych była ograniczona do wprowadzenia cewnika do naczynia w kikucie pępowiny u nowo narodzonego. Natomiast cała procedura medyczna była przeprowadzana przez „noworodkarzy”, którym przewodziły panie ordynator dr Danuta Łazińska i dr Karola Karłowicz. Pracowałyśmy razem często po godzinach, o każdej porze dnia i nocy. Rozpoznawałyśmy i leczyłyśmy noworodki z ciężkimi wadami rozwojowymi, które musiały być operowane w pierwszych godzinach czy dniach ich życia. Dziś tamte noworodki to prawnicy, psychologowie, informatycy i inni. Przypominają nam o sobie przy okazji świąt Bożego Narodzenia i każdego Nowego Roku lub innych rodzinnych uroczystości.
Równie owocna i pełna zaangażowania współpraca łączy nasz oddział chirurgii dziecięcej z oddziałem pediatrii, a mnie osobiście przyjaźń z ordynatorami z innych oddziałów. Pediatrzy pomagali nam, chirurgom, w prowadzeniu dzieci po ciężkich zabiegach operacyjnych, w odżywianiu pozajelitowym, w leczeniu powikłań pooperacyjnych. Największą moją wdzięczność kieruję niniejszym do konsultantki z pediatrii dr Bożenny Bełżeckiej, która przez wiele lat pomagała wyzdrowieć naszym pacjentom, jak również leczyć moje wnuczki Marynię i Justynę.
40-lecie Szpitala Bielańskiego. Zespół pielęgniarski (2001 r.) / fot. archiwum prywatne
Na zakończenie moich wspomnień z półwiecza w Szpitalu Bielańskim nie mogę nie napisać o naszych wspaniałych pielęgniarkach, którym w znacznej mierze zawdzięczam sukcesy zawodowe naszych chirurgów dziecięcych i satysfakcję z wykonywanej pracy w specjalności zabiegowej. Wyleczenie noworodków po operacjach, uratowanie dzieci po poważnych urazach, pielęgnowanie oparzonych, obniżenie w ostatnich latach rocznego wskaźnika śmiertelności do 0 proc. to poza świetną pracą zespołu lekarskiego – chirurgów, anestezjologów, konsultantów z innych oddziałów – znakomita praca pielęgniarek. Z wieloma pracowałam przez kilkadziesiąt lat, od początku otwarcia oddziału 1 sierpnia 1961 r.
Wiążą mnie z nimi niezapomniane wspomnienia. Jedną z tych pielęgniarek była siostra Olga, prześliczna, z urokliwym uśmiechem, z dumą nosząca pasujący do jej twarzy czepek pielęgniarski. W nowo powstałym oddziale z wielkim entuzjazmem zaangażowała się w pracę, pomagając nie tylko lekarzom, ale i innym pielęgniarkom i salowym. Kiedy po kilku latach naszej współpracy pani Olga Kupicz ze względu na sytuację rodzinną postanowiła zmienić pracę na mniej absorbującą, bardzo chciałam ją zatrzymać. Wtedy siostra Olga powiedziała: Jeśli pani zostanie ordynatorem, ja wrócę na ten oddział.
I tak też się stało. Wróciła i została siostrą oddziałową. Przez 32 lata naszej współpracy nie było między nami cichych dni ani też żadnych zadrażnień czy sytuacji konfliktowych nie do rozwiązania. Pani oddziałowa Olga Kupicz była prawdziwą gospodynią oddziału chirurgii dziecięcej. Dbała przede wszystkim o małych i dużych pacjentów, ład, porządek i czystość oddziału oraz o swój personel. Stanowczo i krótko trzymała zespół pielęgniarek i salowych, ale zawsze z uśmiechem, taktem i kulturą. Olga Kupicz, moja ukochana siostra oddziałowa, odznaczona kilkoma medalami za zasługi i wzorową pracę w służbie zdrowia.
Gdy przeszła na zasłużoną emeryturę, uświadomiłam sobie, jak trudno mi będzie dalej prowadzić oddział. Kiedy po Nowym Roku 2003 przyszłam do szpitala i zastałam pusty fotel przy biurku mojej oddziałowej, dojrzała we mnie decyzja o przejściu na emeryturę.
Pozostałe pielęgniarki – oddziałowe, opatrunkowe, zabiegowe – były równie wspaniałe. Z satysfakcją i wdzięcznością za ich pracę wspominam z sympatią panie: Elę, Bożenę, Wiesławę, Teresę, Grażynę, Monikę, Krysię, Zosię. Z myślą i pamięcią o nich współorganizowałam z dr Janiną Fetlińską Wydział Pielęgniarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Ciechanowie w 2001 r. Obecnie w Instytucie Promocji Zdrowia PWSzW w Ciechanowie szkolą się nowe kadry na wzór i podobieństwo naszych pielęgniarek ze Szpitala Bielańskiego.
Jestem wdzięczna losowi i ludziom, których spotkałam na swojej drodze życia zawodowego, że mogłam w jednym Szpitalu Bielańskim przepracować przeszło pół wieku i zachować w pamięci najlepsze i najmilsze wspomnienia. W naszym oddziale czułyśmy się jak w szczęśliwej rodzinie. Szpital Bielański pozostaje w mych wspomnieniach jako moje miejsce na ziemi.