18 marca 2013

‚Fabryka’ dobrych lekarzy cz. 2

Jerzy Borowicz

We wrześniu 2013 r. Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie będzie obchodzić 95-lecie. Przez 95 lat przez mury szkoły przewinęło się setki przyszłych lekarzy, wielu wybitnych profesorów, a wśród nich „brylanty” polskiej medycyny, m.in. wybitny chirurg prof. Jan Nielubowicz – patron naszej izby lekarskiej, prof. Wacław Sitkowski (kardiochirurg), prof. Jan Zieliński (ftyzjatra), prof. Ryszard Rajszys (radiolog), prof. Andrzej Kalewski (ortopeda), prof. Krzysztof Filipiak – jeden z najmłodszych profesorów kardiologii WUM, i wielu, wielu innych.

W sporcie byliśmy potęgą. Wygrywaliśmy wszystkie międzyszkolne olimpiady. Była to zasługa prof. Zenona Paruszewskiego („Parówy”) i prof. Mariana Balcerzaka. Wielu naszych kolegów było reprezentantami Polski, m.in. Jurek Mroczkowski, Bogdan Karbownicki, Staś Prochowiec, Janek Ptaszyński, Sławek Złonkiewicz i wielu innych. W pływaniu byliśmy nie do pokonania. Pamiętam mecz pływacki AWF – Batory, w którym wyraźnie pokonaliśmy sportową uczelnię, a Jurek Mroczkowski ustanowił rekord Polski na 100 metrów stylem dowolnym, schodząc poniżej 1 minuty. Nasi profesorowie od WF jak lwy walczyli o uczniów sportowców na każdej radzie pedagogicznej, aby nikt ich nie skrzywdził, bowiem „przynoszą chwałę szkole”.
Naszym katechetą był ks. Eugeniusz Paciorkiewicz („Pomidor”) i to katechetą z prawdziwego zdarzenia – mądry, kochający młodzież wierzącą i niewierzącą. Nie narzucał się nikomu i nie miał ambicji rządzenia szkołą „z tylnego siedzenia”. Na radzie pedagogicznej bronił wszystkich. Religia nie była obowiązkowa, ale prawie wszyscy z mojej klasy na nią chodzili. Duża część robiła to ze względu na ks. Paciorkiewicza, któremu nikt nie chciał robić przykrości. On był naszym rzecznikiem, powiernikiem i przyjacielem.
Organizacjami społeczno-politycznymi były: Związek Młodzieży Polskiej i Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Do ZMP należeli prawie wszyscy, mając na uwadze dostanie się na studia. W mojej klasie nie należeli tylko Andrzej Chęczmanowski i Stanisław Ledóchowski. Szkolny zarząd ZMP z okazji „słusznych” rocznic organizował tzw. wieczornice, na które zapraszało się koleżanki ze Żmichowskiej i Hoffmanowej oraz sąsiedniej szkoły handlowej. Trzymając się za ręce, tworzyliśmy kółko i śpiewaliśmy piosenki ludowe. Narodziło się wtedy wiele młodzieńczych związków. W święto 1 Maja szliśmy w pochodzie, a przechodząc koło ambasady jugosłowiańskiej, wykrzykiwaliśmy: -Tito, zdrajca! Plakaty pokazywały marszałka Tito z zakrwawionym toporem i napisem „kat narodu jugosłowiańskiego”. Mijając ambasadę amerykańską, skandowaliśmy: – W odpowiedzi na atomy zbudujemy nowe domy lub: – Stalin, Bierut, Wilhelm Pieck. Mnie spotkał wątpliwy zaszczyt zostania wiceprzewodniczącym szkolnego koła TPPR. Przewodniczącym został Tadzio Strumff. Była to dobra fucha, bowiem w czasie zbliżających się rocznic świąt radzieckich musieliśmy się uaktywniać i odpowiednio przystrajać szkołę. Wiązało się to ze zwolnieniem aktywistów z zajęć szkolnych przez dyrektora Beranka.
Na wszystkich akademiach „ku czci” występami aktorskimi kierował Jurek Markuszewski. Zawsze w stroju zetempowca i zawsze przejęty swoją rolą. Później, jako opozycjonista, skrzętnie ukrywał swoją wiodącą rolę gimnazjalnego propagandzisty. Natomiast nigdy nie wypierali się swojej działalności: Janusz Budynek, Bogdan Brzeziński, Tadzio Rosłanowski i Krzysio Toeplitz. Ten ostatni był moim najdawniejszym kolegą. W czasie okupacji chodziliśmy do szkoły sióstr zmartwychwstanek przy ul. Tucholskiej na Żoliborzu. Krzysio swoimi talentami i działalnością kulturalno-literacką oraz erudycją przynosił chwałę naszemu gimnazjum. Dostałem od niego jego książkę „Najkrótsze stulecie” z dedykacją: „Czy wiesz Jurku Borowiczu kochany, że ze wszystkich ludzi, których znam, Ciebie znam najdłużej? I, że razem przeżyliśmy 2/3 tego najkrótszego stulecia? Ogromnie serdecznie KTT 16.12.2000”. Niestety, Krzysio zraził się do niektórych kolegów. Na zjeździe batorszczaków, w 75-lecie szkoły, doszły do jego uszu antysemickie uwagi i od tej pory na żadne nasze spotkanie już nie przyszedł.
W czasach stalinowskich niektórzy z nas zostali zatruci kulturą amerykańskich imperialistów – byliśmy zafascynowani jazzem. Spotykaliśmy się w mieszkaniu Bogdana Stasińskiego, który grał pięknie na pianinie, a Tadzio Fedorowski wybijał takt na krześle. Irek Szymanowski grał na klarnecie w zespole Pinokio. Jazz miał we krwi. Jego ojciec grał na saksofonie i był kierownikiem zespołu w restauracji Kameralna przy ul. Foksal. Oczywiście fascynacja jazzem w tamtym okresie zaliczała każdego do wrogów klasowych i groziła konsekwencjami ze strony zarządu szkolnego ZMP.
W rocznicę rewolucji październikowej zorganizowałem wieczornicę w naszej sali gimnastycznej. Oszukałem zarząd ZMP i Tadzia Strumffa, nie mówiąc, że podpisałem umowę z orkiestrą jazzową Karola Bovery’ego. Tłok był niesamowity. Wszyscy miłośnicy jazzu (nie tylko z naszej szkoły) wypełnili całą salę. Koncert był piękny. Oczywiście zostałem wezwany na dywanik, ale udałem Greka, mówiąc, że ta muzyka jest mi całkiem obca i nienawistna i że zostałem oszukany przez pana Bovery’ego, który miał grać muzykę ludową.
Zdałem maturę, szczęśliwie skończyłem medycynę, obroniłem doktorat. Z mojego rocznika medycynę skończyło jeszcze 15 kolegów: Józef Antepowicz, Adam Bielawski, Andrzej Chęczmanowski, Krzysztof Falęcki, Andrzej Kalewski, Włodzimierz Kłoszewski, Jerzy Karp, Józef Kąpiel, Stanisław Maj, Zygmunt Mosur, Andrzej Pawłowski, Tadeusz Przybyłowski, Ryszard Rajszys, Andrzej Soszka, Jan Zieliński.
Medycynie poświęciłem całe swoje zawodowe życie. Jestem już dawno na emeryturze, ale pracuję nadal i daje mi to dużo radości.

Archiwum