9 sierpnia 2013

Pani doktor z ‚Róży Luksemburg’

Małgorzata Skarbek

W pierwszych latach powojennych, podobnie zresztą jak i dzisiaj, bardzo trudno było dostać się na studia medyczne. Jednak Irenie Skórzewskiej, wtedy jeszcze Brydowskiej, udało się to w 1948 r., zaraz po ukończeniu liceum. Już na pierwszych zebraniach studentów bardzo licznego roku została wybrana starościną i… pozostała nią do dziś. W czerwcu br. rocznik absolwentów 1953 uroczyście obchodził 60-lecie otrzymania dyplomów. Spotkanie organizowała oczywiście dr Irena Brydowska-Skórzewska.

Przed wojną rozpoczęła naukę w ekskluzywnej Szkole im. Wandy Szachtmajerowej, do której uczęszczały m.in. córki marszałka Piłsudskiego. Zanim ją ukończyła, przyszedł wrzesień 1939 r., okupacja, potem Powstanie Warszawskie, w którym jednak nie brała udziału, bo rodzina mieszkała na dalekim Okęciu, a działania powstańcze nie objęły tej części dzielnicy. Po wkroczeniu wojsk radzieckich zostali wysiedleni z własnego domu. Musieli zamieszkać w miejscu, skąd było daleko do Liceum im. Juliusza Słowackiego na Ochocie, więc Irena dojeżdżała rowerem. W szkole postanowiła, że pójdzie na medycynę.
Trudne warunki materialne sprawiły, że już na trzecim roku studiów podjęła pracę urzędnika w GUS-ie, gdzie zajmowała się statystyką śmiertelności i zachorowalności w mieście stołecznym Warszawa. Pracowała nocami. To było ciężkie zadanie, ratował ją tylko fakt, że dobrze znała łacinę, więc szybko je wykonywała i później mogła się przespać w gabinecie, aby rano pójść wprost na zajęcia. Ale i tak zbyt trudno było pogodzić czasowo te zajęcia.
Dzięki temu, że na pierwszym roku ukończyła kurs pielęgniarski (strzykawkowy), zaczęła pracę jako przyuczona pielęgniarka na lotnisku Okęcie, w słynnej jednostce 3963 (ostatnio, w 2010 r., rozformowanej). Ponadto także na Okęciu zatrudniła się w rejonie, gdzie wykonywała pielęgniarskie wizyty domowe.
– Po czwartym roku, w trakcie wakacyjnej pracy w klinice internistycznej przy ul. Oczki, prof. Mściwój Semerau-Siemianowski zaproponował mi, abym także po piątym została w klinice na wolontariacie, już jako lekarz, skoro chcę potem robić specjalizację z interny – wspomina dr Irena Skórzewska. – Ale wkrótce prof. Semerau zmarł. Otrzymałam nakaz pracy w Choszcznie koło Szczecina. Na skutek odwołania, popartego zaświadczeniem, że w czasie praktyki wakacyjnej okazałam się sumiennym i cennym pracownikiem, a także argumentacji, że chcę robić specjalizację z interny, otrzymałam skierowanie do pracy w Wydziale Zdrowia Ochoty, w wymiarze 10 godz. dziennie, z delegacją na 3 godz. w II Klinice Chorób Wewnętrznych, w ramach wolontariatu. Ponieważ prof. Dymitr Aleksandrow, nowy szef kliniki, ustalił, że wolontariusze pracują 5 godz. dziennie, mój rozkład pracy wyglądał następująco: od 7.15 do 12.15 – klinika, od 13.00 do 20.00 – przychodnia na Okęciu, z tym, że od 13.00 do 17.00 pracowałam w gabinecie, a od 17.00 do 20.00, a często i dłużej, załatwiałam wizyty domowe. Okęcie było rejonem bardzo rozległym. Moim szefem był znany mi starszy wiekiem pan, który w dzieciństwie był moim lekarzem rodzinnym. Wszystkie dalsze wizyty spadały na mnie i faktycznie pracowałam czasami po 12 godzin dziennie za ówczesne 780 zł miesięcznie. Latem było łatwiej, zimą bardzo trudno.
W tym czasie dr Irena stała się – zapewne jako jedna z nielicznych kobiet w Warszawie – posiadaczką samochodu i prawa jazdy. Okoliczności były dość niezwykłe.

– Stało się to dzięki jednemu z pacjentów, który miał ciężką chorobę wrzodową, więc często mnie odwiedzał – mówi dr Irena. – Widząc jego zły stan, prosiłam go do gabinetu poza kolejnością. Mógł przecież wzywać mnie do domu. Ale wiedział, jakie to trudne na rozległym terenie Okęcia, i sam przychodził. Kiedyś jednak spytał, dlaczego nie mam samochodu? Wtedy samochody były ogromną rzadkością. I nie na moją kieszeń. Uśmiałam się z tego pytania. Ale on pracował w Motozbycie jako główny księgowy. Postarał się o przydział samochodu, a także o trzyletnią pożyczkę na jego kupno. Tak stałam się posiadaczką skody. Nie miałam prawa jazdy, a wtedy można było je zrobić tylko w jednym punkcie Warszawy. Wzięłam kilka jazd swoim samochodem, nauczyłam się przepisów i zdawałam egzamin, na Pradze, na jezdni o kocich łbach. Byłam z siebie bardzo dumna. Pierwszą jazdę odbyłam 1 maja, ale nie na pochód, tylko w przeciwnym kierunku, do Magdalenki.
– Męża Leona poznałam w czasie dodatkowej pracy, jakiej podjęłam się w przedsiębiorstwie transportowym – kontynuuje dr Irena. – Szczepiłam pracowników, przyszły mąż – chcąc dodać odwagi swoim podwładnym – ustawił się pierwszy. Ale podczas iniekcji zemdlał. Położyłam go na kozetce, otrzeźwiłam i potem interesowałam się jego samopoczuciem. I z tego zainteresowania zrodziło się uczucie i małżeństwo. Ale jeszcze przedtem spotkaliśmy się na rogu Żelaznej i Alei Jerozolimskich, gdy zgasł mi silnik samochodu. Jadący tą samą ulicą przyszły mąż zainteresował się kobietą prowadzącą samochód i wyraźnie w kłopocie. Okazało się, że skończyła mi się benzyna. Przyniósł ją w kanistrze z pobliskiej stacji. Takie dwa przypadki przyczyniły się do naszego małżeństwa. Było to moje drugie małżeństwo, po wielu latach jego trwania stwierdzam, że bardzo udane.

Po wyjściu za mąż dr Irena przeniosła się do Warszawy.

W jednym pokoju z używalnością kuchni i łazienki, tak wówczas mieszkało wiele osób, trudno było żyć. Koledzy zaproponowali pracę w Zakładach Radiowych im. Kasprzaka, z perspektywą otrzymania mieszkania. Odeszła więc z kliniki i po dwóch latach rzeczywiście otrzymała mieszkanie. Ale nie zrobiła specjalizacji z interny, przerzuciła się na specjalizację z chorób zawodowych. W latach 1964-1969 uzyskała specjalizację z medycyny przemysłowej I i II stopnia.
W tamtych latach (50.-60. XX w.) nic nie było łatwe. Choć w „Kasprzaku” wybudowano piękną przychodnię, ze wszystkimi dostępnymi wówczas urządzeniami, lekarze przemysłowi mieli obowiązek pracy na hali fabrycznej. Decyzja ówczesnej pani dyrektor Pignan była taka: jeśli chcecie pracować jako lekarze przemysłowi, to właśnie na hali. Wygrodzony z dwóch ubikacji gabinet lekarski znajdował się nad stanowiskiem obróbki plastycznej i mechanicznej, urządzenia przemysłowe potwornie hałasowały i wprawiały otoczenie w drgania.
Po ukończeniu specjalizacji dr Irena otrzymała od szefa wydziału zdrowia propozycję objęcia kierownictwa placówki lekarskiej w znajdującym się po sąsiedzku z „Kasprzakiem” Zakładzie im. Róży Luksemburg. Tutaj było jeszcze gorzej. Nikt nie prowadził badań czynników szkodliwości zagrażających zdrowiu, choć zespół lekarsko-pielęgniarski liczył ponad 40 osób: pięciu internistów (w tym dwóch figurantów pracujących w związkach zawodowych oraz jedna rzekoma lekarka, bez dyplomu, „Róża” była jej 50. miejscem pracy), chirurg, dermatolog, okulista, dentystyka, był także gabinet rentgenowski. Tylko pielęgniarka przełożona miała duże doświadczenie i znajomość przedsiębiorstwa, ludzi.
A zakład był w najwyższym stopniu niebezpieczny dla zatrudnionych – 12-14 tys. osób załogi, głównie kobiet, które nie miały ani wykształcenia, ani przygotowania do tej pracy, często nie znały zasad higieny obowiązującej w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Wielu pracowników miało orzeczenie o inwalidztwie.
W „Róży” produkowano żarówki oraz świetlówki, do których używa się rtęci. Przerabiano ją w wysokiej temperaturze, dochodzącej do 600 st. C. Rtęć powoduje zatrucia. Zakład był źle wyposażony, przychodnia lekarska znajdowała się w zimnym baraku pełniącym dawniej rolę wozowni i stajni, w którym trudno było utrzymać porządek. Dyrekcja nie przyjmowała żadnych uwag dotyczących warunków pracy. Liczyła się tylko produkcja. W zakładzie nie było miejsc czystych, nawet w stołówce karaluchy spadały z sufitu. Pewnego razu dr Irena chciała zakwestionować wydawanie obiadu, ale kucharka powiedziała, że gotuje na parę tysięcy osób i wstrzymanie tego jest niemożliwe.

Pierwsze pomiary stężenia rtęci w powietrzu, zrobione zgodnie z wymogami BHP, wykazały ponad 40-krotne przekroczenie normy. Wysokie stężenie rtęci w powietrzu utrzymywało się na stałym poziomie, bez względu na to, czy pracowano, czy był dzień wolny. Kiedyś, w czasie świąt Bożego Narodzenia, na cztery dni pozostawiono otwarte okna w pomieszczeniach i nic się nie poprawiło.
Dr Irena skoncentrowała się na tym problemie, szukała informacji na temat szkodliwości rtęci. Poza tym irytował ją fakt, że drogi metal, importowany przecież, tak był marnowany. Nie można go było odzyskać.
Za radą męża doprowadziła do zainstalowania urządzenia do częstego spryskiwania pomieszczeń i odpływu wody. Mimo to stężenie nie opadało. Odkuwała ściany. Okazało się, że tynki, a także mury również są przesycone rtęcią. Napisała więc do właściciela zakupionej licencji na produkcję świetlówek, do Holandii, z pytaniem, jak oni sobie radzą z tym problemem. Od niego dowiedziała się, że przy zakupie licencji strona polska, dla zmniejszenia kosztów, pominęła licencję dotyczącą warunków BHP. Nic nie mógł pomóc.
Dr Irena starała się choć małymi krokami osiągnąć zmniejszenie szkodliwości emisji rtęci. Wprowadziła obowiązkowe mycie rąk przed skorzystaniem z toalety, przed wyjściem z zakładu. Następnie wszyscy pracownicy otrzymali szczotki do mycia zębów. Na początku oraz na końcu pracy wszys-cy musieli je myć. Zlikwidowała możliwość picia mleka, bo kobietom podawano je na hali i piły je razem z oparami rtęci.
Niestety, te poczynania nie znajdowały zrozumienia dyrekcji, która wręcz żartowała z tych zarządzeń, traktując je jako niepoważne i kierując pod adresem lekarki złośliwości.
Zresztą te wymogi higieniczne niewiele dawały. Postulowała więc zmniejszenie produkcji. Przez cztery lata walczyła bez efektu. Dyrekcja nie chciała o tym słyszeć. Ponieważ nasilały się zachorowania na wydziale produkcji świetlówek, a wszelkie próby zmniejszenia skażenia rtęcią nie były dostatecznie skuteczne, postawiła oficjalny wniosek o zamknięcie tej produkcji. Wtedy zaczęto szermować zarzutem o spowodowanie straty rocznej rzędu 9 mln dolarów z eksportu wyrobów.
Zdecydowano zamieść problem pod dywan przez częściowe przeniesienie produkcji do nowo uruchamianych filii w Pułtusku i koło Rzeszowa, oczywiście bez zmiany technologii i z pełną świadomością jej szkodliwości.

– A ja zostałam wezwana na dywanik do warszawskiego komitetu partii i usłyszałam, co może czekać osobę, która jest przyczyną tak ogromnych strat – wspomina dr Irena.
– Straszył mnie m.in. Ignacy Loga Sowiński, ówczesny szef CRZZ. Nie byłam partyjna, mąż także nie, co mogli nam zrobić? Najwyżej wyrzucić z pracy. Jednak nie te groźby, ale dwa inne wydarzenia spowodowały, że postanowiłam odejść z „Róży”. Pierwsze to śmierć mojego brata w 1969 r. A drugie to straszny wypadek w zakładzie. Było to w Wielką Sobotę, w 1970 r., tuż przed końcem pracy. Kilku pracowników postanowiło zrobić sobie petardy. Oczywiście w zakładzie. W blaszany stół pełen odczynników, które służą do wyrobu petard, jeden z nich uderzył nieostrożnie młotkiem. Nastąpił potężny wybuch, który wysadził cały budynek. Obok, na terenie zakładu, było 150 butli z tlenem i 180 z wodorem. Gdyby wybuch przeniósł się na ten skład, pewnie część Woli wyleciałaby w powietrze. Mężczyźni byli ciężko poparzeni i poranieni. Z lekarzy byłam w zakładzie już tylko ja, bo w związku ze świętami kto tylko mógł, już wyszedł z pracy. Nie było ani dyrektorów, ani nikogo w ministerstwie. Zostałam sama z tym wypadkiem. Musiałam zorganizować karetki, miejsca w szpitalu przy ul. Lindleya, potem pielęgniarki z hotelu przy ul. Syreny, na dyżur. Zapłaciłam im z własnych pieniędzy. Na koniec jeszcze pojechałam pod Warszawę zawiadomić ciężarną żonę jednego z tych pracowników. Zapomniałam o własnym dziecku, które czekało pod opieką strażnika. Moją głodną dziewięcioletnią córkę ten człowiek karmił własnymi kanapkami. Potem przyjechał po nią ojciec, który dowiedział się o wypadku. Następnego dnia objechałam szpitale. Trzech mężczyzn z wypadku zmarło, dwóch zostało kalekami, jeden stracił wzrok.
Z lat pracy w „Róży” dr Irena ma wiele wspomnień. Jedno z nich dotyczy Adama Michnika, który po wypuszczeniu z więzienia dostał nakaz pracy właśnie w tym zakładzie. Trafił do niej na kontrolę lekarską. Jak wspomina dr Irena, był bardzo chudy, blady, zabiedzony, zupełnie nie nadawał się do ciężkiej pracy na stanowisku, na które świadomie chciano go skierować. Na szczęście, dzięki jej opinii lekarskiej, udało się zmienić to skierowanie na wydział ósmy, z lżejszą pracą, ale mimo wszystko w szkodliwych warunkach.
Inny przypadek to kłopoty z zagospodarowaniem 600 litrów spirytusu, który przychodnia lekarska zamawiała za czasów poprzedniej kierowniczki i otrzymywała rzekomo na potrzeby własne, a który często służył do zupełnie innych celów niż medyczne. Dopiero po pewnym czasie lekarka zorientowała się, że w pojemnikach jest „spirytus”, ale 2-procentowy. Po prostu zainteresowani wyciągali strzykawkami spirytus, a dolewali wodę.
Zakłady im. Róży Luksemburg pojawiły się jeszcze raz w życiu dr Skórzewskiej, w latach 90. Budynki po zlikwidowanej fabryce miały zostać sprzedane. Był już kupiec – Główny Urząd Ceł, a udział w tym interesie brali Ireneusz Sekuła i Dariusz Przywieczerski (znani z nie najlepszej strony w ówczesnym życiu publicznym).
– Z prasy dowiedziałam się, że ma dojść do tej transakcji. Wystosowałam do kupującego pismo, z datą 20 maja 1996 r., z informacją o stanie skażenia rtęcią budynku – mówi dr Irena. – I do transakcji nie doszło. To była moja jedyna satysfakcja, rekompensata za tamte wysiłki. Choć i wtedy zarzucano mi, że nie potrafię korzystać z sytuacji, mogłam przecież sprzedać tę dokumentację za duże pieniądze. Przez wiele lat budynek „Róży” straszył swoim wyglądem całe otoczenie. Wreszcie w latach 2011-2012 ktoś dokonał rozbiórki, łącznie z wywiezieniem części gruntu spod niego. Postawiono nowy gmach od podstaw.

W 1970 r. dr Skórzewska rozstała się z „Różą”. Podjęła pracę w małym zakładzie spółdzielczości inwalidzkiej, w którym szyto bieliznę i ubrania. Tam też zajęła się badaniami warunków pracy. Atmosfera była zupełnie inna niż w poprzednich zakładach. Dzięki doskonałej współpracy z prezesem ds. inwalidów udało się przystosować stanowiska pracy do możliwości niepełnosprawnych, oprzyrządować je. W projektowaniu tego sprzętu pomagał jej mąż.
W tym zakładzie dr Irena pracowała też tylko kilka lat.
W 1971 r. córka Ania miała wypadek w szkole. Na skutek braku nadzoru nauczycieli na lekcji gimnastyki doznała złamania pierwszego kręgu szyjnego i porażenia trzech kończyn. Mimo bardzo złych rokowań, wyszła jednak z tego stanu prawie bez śladu, m.in. dzięki opiece prof. Felicjana Lotha i prof. Juliusza Wocjana ze szpitala Omega oraz sióstr zakonnych z Szymanowa, które zgodziły się ją przyjąć do liceum, pod ścisły nadzór zalecony przez lekarzy, czego żadna inna szkoła nie gwarantowała.
– Gdy Anna była już zupełnie zdrowa, przeniosłam się w ramach spółdzielczości inwalidów do ich ośrodka rehabilitacyjnego dla paraplegików w Konstancinie – mówi dr Irena. – Niejako w ramach wdzięczności chciałam „odsłużyć” ten powrót córki do zdrowia. W 1972 r. urodziła nam się druga córka – Irena. Zawdzięczaliśmy ten krok sugestii lekarzy, którzy radzili drugie dziecko, aby w razie potrzeby mogło opiekować się Anną, gdy nas zabraknie.
Zajmowanie się 118 pacjentami (zdecydowana większość to mężczyźni), w wieku od 18 do 30 lat, na wózkach, po wielkich tragediach, z porażeniami, też nie było łatwe. Byli to ludzie doświadczeni przez los, po wypadkach komunikacyjnych albo wakacyjnych skokach do wody, a więc niepogodzeni z losem. Były trudne rozstania – na zawsze, bo wielu umierało, gdyż u paraplegików stosunkowo szybko następuje porażenie nerek i mocznica.
– Aby sprawdzić się jako mężczyźni, sprowadzali dziewczyny z miasta, a potem pili na umór – wspomina dr Irena. – Rodziny ich opuszczały, często nie chciały przyjąć albo nie miały warunków. Czasami jeździłam do rodzin, aby sprawdzić, czy rzeczywiście nie mogą zaopiekować się chorym. Pięć lat tam pracowałam. A odeszłam z prozaicznego powodu – w latach 80. wprowadzono kartki na benzynę i nie mogłam już dojeżdżać do Konstancina. Pracowałam potem w centrali spółdzielczości w centrum Warszawy, ale w 1985 r. zachorowałam na chłoniaka centroblastycznego. Leczenie było trudne, m.in. z powodu braku leków do chemioterapii. Ale znów dzięki serdecznej pomocy kolegów ze studiów otrzymałam je.
Po roku dr Irena otrzymała II grupę inwalidzką, krótko jeszcze pracowała w spółdzielczości. Mąż był już na emeryturze, na którą przeszedł po stanie wojennym, w 1981 r.
W następnych latach wspólnie produkowali wyroby ze srebra i budowali letni dom pod Warszawą. Ale przez wszystkie te lata dr Irena utrzymywała i utrzymuje kontakty z kolegami i koleżankami ze swojego roku studiów. Oni ją po prostu lubią i szanują.

Fot. archiwum rodzinne

Archiwum